Położył jej palec na usta, dając w ten sposób do zrozumienia, że oboje powinni zachowywać się cicho. Należało przede wszystkim mieć się na baczności przed Eskimosami, którzy zapewne są gdzieś w pobliżu, bo i jakże się bronić w razie napadu? Zginęliby oboje, bez żadnej pomocy. Filip pochylił się ku Celii, owinął ją troskliwie w futro i wziął na ręce. Udało się jej wysunąć jedną rączkę spod futra. Przytuliła tę rączkę do twarzy Filipa i już jej nie cofnęła. Potem oboje bez słowa odwrócili głowy w stronę dopalającej się chatki.

Wiatr przycichł nieco. Od wschodu niebo rozjaśniło się lekko. Zbliżał się świt. Po chwili znów gęste chmury zasnuły niebo. Zaczął padać śnieg gęsty i miękki, zasypując wszelkie ślady. Była to dla nich okoliczność pomyślna, a utrudniająca pościg Eskimosom.

Filip szedł raźno naprzód, o ile mu na to pozwalała ciemność nocy i nierówność gruntu. Szedł przez las w kierunku wschodnim, nie czując prawie ciężaru, który niósł na ręku. W ten sposób uszedł milę, po czym przystanął dla odpoczynku.

Szepcząc kilka słów Celii do ucha, usadowił ją na wywróconym pniu drzewa, tworzącego rodzaj ławki. Skontrolował uważnie, czy jest cała otulona i zabezpieczona przed mrozem. Na szczęście wiatru nie było, mróz zatem nie dokuczał zbytnio. Dotknął ręką jej gołych stóp. Celia drgnęła i zaczęła się śmiać. Stwierdził, że nóżki ma ciepłe, ale zanim ruszył ponownie w dalszą drogę, otulił je troskliwie.

Po trzykrotnym jeszcze zatrzymywaniu, natknął się na gęsty lasek świerkowy. Rozłożyste, gęste konary ochraniały doskonale przed śniegiem. Nałamał trochę gałęzi, zrobił z nich gniazdko dla Celii i tam ją ułożył. Siedzieli cicho, oczekując nadejścia dnia i nasłuchując wszelkich odgłosów. Słyszeli żałosne wycie wilków, a potem dwukrotnie echo głosu ludzkiego. Ona także słyszała ów głos.

Czekali jeszcze przez pewien czas. Ponieważ jednak nic im bezpośrednio nie groziło, Filip, zostawiwszy Celię na swoim miejscu, podszedł ostrożnie aż na sam kraj lasku. Przy bladym świetle jutrzenki stwierdził, że śnieg, który na szczęście padał bez przerwy, zasypał zupełnie ich ślady. Gdyby tu szło o białych lub Indian, Filip byłby zupełnie spokojny. Ale Eskimosi mają specjalnie wyrobiony zmysł orientacyjny, w odszukiwaniu śladów. Nie darmo przecież muszą przez pięć miesięcy w roku polować na zwierzynę i odnajdować jej trop niedostrzegalny dla kogokolwiek innego.

Jeżeli Kogmolloki, zwabieni ogniem, wrócili pod chatę Brama, z pewnością odkryli ślady ich ucieczki i depczą im już po piętach. Jakiś instynkt ostrzegał Filipa, że trzeba mu mieć się na baczności, że wkrótce może rozegra się następny akt dramatu. Stanął nogą na dużą gałąź. Podniósł ją skwapliwie z ziemi. I taka broń może się przydać.

Rozdział XVII. Pierwsze spotkanie

Filip przystanął, nastawiając bacznie ucha.

Całą płaszczyznę Barrenu zaległa obecnie absolutna cisza, tak nadludzka prawie, jak ów ryk i huk minionej niedawno burzy. Filip znał już tę ciszę, która przychodziła nagle i przytłaczała wszystko.