— All right, moja maleńka! Jakoś się z tego wywiniemy! Jestem zupełnie pewny i spokojny.
Rozdział XVI. Straszna noc
Filip otrząsnął się szybko z przygnębienia i rozpaczy, jaka nim owładnęła. Przyklęknął obok dużego świerku i u jego stóp ułożył Celię, owijając ją troskliwie w skórę niedźwiedzia. Dziękował Bogu, że futro jest dość obszerne, takie, że mógł ją dokładnie całą owinąć. Natychmiast przyszło mu na myśl, że trzeba wracać do płonącej chatki i wyratować, co się jeszcze da. On sam nie ma przecież ani czapki, ani kurtki, a cóż dopiero mówić o Celii!
Wilków już nie potrzebował się lękać. Jeżeli nawet nie uciekły jeszcze do lasu, na pewno nie odważą się napaść na niego przy blasku pożaru, bo zwierzęta te ognia właśnie boją się najbardziej. Co zaś tyczy się Eskimosów, to może i wrócili, zwabieni łuną pożaru. Ale trudno, trzeba być i na to przygotowanym, to ostatecznie on sam właśnie ściągnął na Celię to nowe, okropne nieszczęście. On to mimo woli wywołał pożar, ładując do pieca za dużo drzewa. Obowiązkiem jego jest naprawić, co jeszcze możliwe.
Pobiegł ku chacie, minął drewnianą palisadę. Ale dalej już iść nie mógł: od płonącej chaty bił taki żar, że aż mu zaschło w gardle, a na czoło wystąpiły grube krople potu. Stanął bezradnie, zaciskając pięści. Wszystko przepadło na zawsze! I ta nędzna chałupka, w której niedawno zamknięty, oblegany przez wilki i Eskimosów, przeklinał swój los, wydawała mu się w tej chwili jakąś Ziemią Obiecaną. Poprzednio można jeszcze było myśleć o walce... podczas, gdy obecnie...
Nagle dotknął ręką obnażonej głowy. Wiatr ucichł i śnieg zaczął padać.
Filip wiedział dobrze, że ów śnieg jest zapowiedzią silnego mrozu. I tak już musiało być jakieś dwadzieścia stopni poniżej zera. Jeżeli wiatr zerwie się na nowo, za godzinę lub dwie, na pewno odmrozi sobie uszy. Równocześnie przypomniał sobie, że zapałki zostawił w lewej kieszeni swojej kurtki. Naturalnie spaliły się też dawno. Więc nawet nie będzie miał czym rozpalić ognia!
Bądź co bądź należało się natychmiast na coś zdecydować. Nie o niego samego tu szło, lecz i o Celię, która czeka na niego, owinięta w skórę niedźwiedzią, nie mogąc się ruszyć. Bez jego pomocy musiałaby umrzeć. On był obecnie panem jej życia i śmierci. Biedactwo, nie może nawet zrobić kroku, chyba że szłaby boso po śniegu. Była mu w tej chwili czymś więcej, niż ukochaną kobietą: była mu niby małym dzieciątkiem, które trzeba nieść na ręku, chronić przed wichrem i mrozem, dopóki mu sił starczy. Będzie dla niej najtroskliwszą matką, aż do ostatniego tchu, aż do chwili, gdy oboje zginą z wycieńczenia... O ile jakiś cud ich nie wyratuje... Ona należy do niego... W jego ramionach znajdzie życie lub śmierć.
Zbudziła się w nim chęć do walki, do czynu. Wracając do Celii, przypomniał sobie ową pustą chatkę, koło której przejeżdżał w towarzystwie Brama. Tam było ich zbawienie! Chatka nie powinna być w odległości większej niż jakieś osiem do dziesięciu mil. Nie wątpił, że trafi do niej. Zaświtała mu nadzieja. Postanowił walczyć i zwyciężać.
Z daleka już usłyszał jej wołanie. W głosie Celii nie można było wyczuć strachu, lecz raczej radość, że znów widzi Filipa.