Filip czuwał jeszcze przez jakiś czas. Nie zwracał uwagi na szalejącą zawieruchę. Marzył o przyszłości... Późno już było, gdy postanowił położyć się spać. Nałożył drzewa do pieca, ile się tylko zmieściło, potem zgasił ostatnią świeczkę i nie rozbierając się, rzucił się na łóżko.
Leżał tak prawie przez godzinę, nie mogąc zasnąć. Tysiące myśli tłukło mu się po głowie, układał tysiące planów na przyszłość. Podczas, gdy burza waliła w okno nieustannie, a do komina wiatr sypał śniegiem, on wreszcie zasnął.
W pewnej chwili pod naporem żaru otworzyły się drzwiczki pieca i w ciemnej izbie zabłysnął cienki, ognisty język.
Filip spał nadal, snem niespokojnym, pełnym marzeń. W marzeniach tych zajwiała się stale Celia, już jako jego żona. Żyli oboje gdzieś w zupełnie innym kraju o łagodniejszym klimacie, z dala od śniegów i czarnych świerków Northlandu. Idą oboje przez kwiecistą łąkę, zbierając kwiaty. Nagle zrywa się burza. Uciekają, chronią się do jakiejś opuszczonej stodoły. Celia tuli się do niego, drżąc; on ją uspakaja, głaszcząc ręką jej złote włosy. Nagle błyska się i piorun uderza gdzieś w pobliżu. Potem śni mu się, że gdzieś w polu, jesienią, pieką sobie kukurydzę. Filip, który zawsze miał bardzo delikatne powonienie, nie może znieść dymu. Kicha, kicha ustawicznie, a Celia śmieje się z niego do rozpuku. Ucieka przed tym duszącym dymem, wciąż kichając. Celia biegnie za nim, rozbawiona, zasłania mu twarz swoimi słodkimi rączkami. Ale dym ściga go uparcie. Filip wpada do mieszkania, do swej sypialni i nawet tam dym mu dokucza. Chowa głowę pod poduszkę, by nie czuć tego nieznośnego zapachu. Równocześnie zjawa Celii znika. Filip na wpół nieprzytomny od dymu, kicha potężnie i budzi się.
Rzeczywiście cała izba wypełniona była ostrym gryzącym dymem, poprzez który widać było płomienne języki sunące ku powale. Jedna z desek powały zaczęła się już palić, słychać było głuche trzeszczenie. Filip w jednej chwili oprzytomniał i zerwał się na równe nogi. Nie było już ani jednej minuty czasu do stracenia.
Na poły oślepiony dymem i ogniem, pobiegł do pokoju Celii, która również już się obudziła. Zanim zdążyła sobie zdać sprawę z tego co się dzieje, owinął ją całą grubą skórą niedźwiedzią i porwał na ręce. Chatka, zbudowana w całości z drzewa świerkowego, płonęła niby pudełko zapałek. Nawet dwudziestu ludzi nie zdołałoby już opanować ognia. Z drewnianych drzwi kapała roztopiona żywica.
Filip dopadł drzwi, wymacał, otworzył je i wypadł na próg, ze swym ciężarem na ręku.
Przez otwarte drzwi wicher wtargnął swobodnie do wnętrza chatki, podniecając jeszcze pożar. Mały domek zmienił się w jeden ognisty słup, z którego buchały ku niebiosom płomienie i dym. Filip uciekał, nie odwracając głowy. Minął drewnianą palisadę i zatrzymał się w lasku świerkowym.
A kiedy usłyszał żałosne skrzypienie konarów drzew, chłostanych wichurą, kiedy Celia ze szlochem zarzuciła mu ramię na szyję, opanowała go czarna, bezdenna rozpacz. W tym ogniu zginęło wszystko, co umożliwiało im życie wśród tego pustkowia: stracili dach nad głową, zapasy żywności, nawet ubranie.
Przytulii Celię mocniej do siebie i wśród ciemności nocy, chłostany wichrem ucałował jej usta i włosy. Machinalnie zaczął jej tłumaczyć, choć wiedział doskonale, że to kłamstwo, iż jest uratowana, iż nic złego jej się stać nie może.