Czas mijał. Burza szalała bez przerwy — ciemność zupełna zaległa wokoło. Filip spojrzał na zegarek: była godzina siódma wieczór. Podprowadził Celię do jej pokoiku i wymownymi gestami nakłonił ją, by poszła się położyć i przespać.
Po upływie godziny podszedł cichutko do cienkiej ściany i nasłuchiwał. Nie słyszał żadnego szmeru: Celia już widocznie zasnęła. Nasunął czapkę na oczy, owinął się szczelnie płaszczem i ujął w rękę ową zaimprowizowaną świerkową pałkę. Po czym, wykonując swój śmiały plan, ułożony poprzednio, podszedł do drzwi, otworzył je, wyszedł spiesznie i zamknął za sobą.
Wicher uderzył mu w twarz z całą siłą. Ale nie zląkł się, owszem, ucieszył się nawet z tego. Z pewnością wilki kulą się gdzieś pod ścianą zbite w kupę. Przy tej wichurze nie zwęszą go, nie dosłyszą jego kroków.
Stał jeszcze chwilkę, ściskając nerwowo pałkę w dłoni. Nic się nie ruszało. Postąpił jeden krok, potem drugi. Szedł ostrożnie, powoli, wymachując palką, gotów w każdej chwili uderzyć, gdyby przypadkowo natknął się na wilki. Spokojny był i opanowany zupełnie, jakby szedł w cichą, gwiaździstą noc.
Doszedł wkrótce do palisady, otaczającej cały domek. Posuwając się dalej po omacku — natrafił na furtkę. Odetchnął z pewną ulgą. Po chwili furtka już była otwarta na oścież. Aby się sama nie zamknęła, przymocował ją za pomocą grubego polana, które zabrał ze sobą z izby. Następnie wrócił do chaty, orientując się według światełka świecy, którą pozostawił płonącą w pobliżu okna.
Kiedy wszedł do izby, po odbyciu tej ryzykownej wyprawy, ujrzał Celię. Stała, odziana w szlafroczek, z rękami założonymi na piersi. Czekała na niego, a w jej oczach malował się śmiertelny niepokój.
Wskazał ręką na palisadę, zrobił gest, ilustrujący otwieranie furtki i na migi wyjaśnił jej wszystko.
— Jutro rano — wołał z triumfem — wilków już nie będzie. Uciekną wszystkie przez tę otwartą furtkę. — Mamy już wolną drogę przed sobą!
Zrozumiała go, bo rozjaśniły się jej oczy błyskiem radości. Oddawała mu się z całą ufnością, wszystko co on zrobi, będzie dobre. Bram, wilki, Eskimosi — wszystko to dla niej przestało istnieć. Ufa swemu wybawcy.
Filip odprowadził ją znów aż do progu jej pokoiku. Starał się panować nad sobą. Przystanęli na progu. Celia oparła mu rękę na ramieniu, szepcząc jakieś cichutkie, słodkie wyrazy. Podała mu usta do pocałunku, po czym szybko uciekła.