Przywiązał sobie do pasa torebkę, wziął pałkę, a po krótkim wahaniu także jeden dziryt. Nie wiedział dobrze, co prawda, na co mu ów dziryt przydać się może. Kogmollok rzuca dzirytem z odległości stu kroków i trafia niechybnie; Filip jednak nawet na dwadzieścia kroków trafić by nie potrafił. Z drugiej znów strony dziryt ten był zbyt cienki, aby mógł mu oddać jakiekolwiek usługi w walce wręcz. Celia, idąc za jego przykładem, ujęła w rękę drugi dziryt, gotowa do walki u boku swego opiekuna. Ruszyli w dalszą drogę, poprzez las.

Celia posuwała się z pewną trudnością. Niewygodnie jej było w tych ciężkich mokasynach, prawie o połowę za dużych. Filip starał się odszukać drogę, którą już raz poprzednio przebył w towarzystwie Brama. Rozglądał się uważnie, szukając najdrobniejszych szczegółów, według których mógłby się zorientować. Od czasu do czasu przystawali oboje, nasłuchując bacznie, czy nikt ich nie ściga.

Nagle natknęli się na zupełnie świeże ślady na śniegu, przecinające ich kierunek drogi pod kątem prostym. Filip nachylił się, by je lepiej zbadać. Wydał okrzyk zdziwienia: to były ślady nart.

Otóż Eskimosi nigdy nart nie używają. Ślady te zatem musiał pozostawić jakiś biały człowiek. Skonstatował zarazem coś więcej jeszcze. Rozstęp kroków był tak ogromny, że Filip sam nie zdołał stawiać tak dużych kroków.

— Nie ma Eskimosa — zawołał — który potrafiłby stawiać takie ogromne kroki. Te małpy biegają szybko, ale stawiają kroki drobniutkie. Tylko jeden Bram lub inny biały człowiek, mógł zostawić podobne ślady.

Zauważywszy wzruszenie Filipa, Celia również pochyliła się ku ziemi.

— Bram... Bram... — powtarzał Filip, wahając się.

Ale Celia zaprzeczyła ruchem głowy. Wpatrywała się uważnie w ślady na śniegu. Wzięła w rękę długą igłę świerkową i położyła ją poprzecznie na jednym ze śladów. Filip zrozumiał, o co jej szło. Przypomniał sobie, że Bram miał narty ucięte równo na końcu, a nie zaokrąglone, jak to zwykle bywa. Ten charakterystyczny szczegół nie uwidaczniał się jednak na tych śladach, które mieli przed sobą. Zatem to nie Bram tędy przechodził.

Filip zawahał się, co dalej począć. Kto to mógł być? Przyjaciel, czy wróg? A może ktoś z policji Royal North-West, który im niespodziewanie może przyjść z pomocą? Czy iść za tym śladem, czy omijać go? Jedno i drugie było równie ryzykowne. Na co się zdecydować?

W tej chwili, gdzieś z daleka, rozległ się dziwny, przeciągły okrzyk, niby głuche warczenie bębna: