— Hum... hum... hu... u... u... m... m... m!...

Echo niosło ten ponury okrzyk na cztery strony świata.

Zrozumieli oboje, co to znaczy. Oto Eskimosi znaleźli swych zabitych towarzyszy i zbierają się przy nich, nawołując się wzajemnie. Filip nie namyślał się już dłużej. Należało iść czym prędzej za śladem owego tajemniczego białego człowieka. Trudno, niech się dzieje co chce...

Rozdział XIX. Ucieczka

Filip odrzucił dziryt i pałkę, zatrzymując tylko nóż Eskimosa. Porwał Celię na ręce i puścił się pędem naprzód.

— Trzeba nam zmykać co sił w nogach — mówił. — W przeciwnym razie...

W ten sposób przebył około stu jardów, po czym przystanął, stawiając Celię na nogi. Chciał jej dać do zrozumienia, że muszą wytężyć całą energię, że od szybkości biegu zależy ich życie lub śmierć. Zrozumiała go i biegła szybko, dotrzymując mu dzielnie kroku. Śnieg przestał padać.

Po drodze Filip obliczał wszystkie możliwe szanse. Wiedział dobrze, że Eskimosi, zebrawszy się wokół zabitych, będą przede wszystkim krzyczeć i radzić, wyczyniając małpie skoki. Stracą na to sporo czasu, co oczywiście dla Filipa może być bardzo korzystne. Potem puszczą się w pościg, ale z wszelkimi ostrożnościami, pomni na ową ranę od kuli na czole jednego z zabitych.

Co się tyczy owego tajemniczego nieznajomego, śladami którego Filip i Celia szli obecnie, należało postępować chytrze i ostrożnie. Najważniejsze, to zaskoczyć niespodzianie i od razu obezwładnić, by nie mógł im zaszkodzić. A gdyby tak udało się zabrać mu strzelbę? To dopiero byłaby cenna zdobycz!

Ślady wyglądały na zupełnie świeże — to nie ulegało żadnej wątpliwości. Pokrywała je zaledwie cieniutka warstwa śniegu. Zdaniem Filipa, ślady te powstały najwyżej przed godziną.