Ślady nieznajomego wiodły właśnie przez wzgórze. Prowadziły zatem niewątpliwie właśnie do owej chatki. Jakże się teraz Filip cieszył, że puścił się tymi śladami! Teraz dopiero przekonał się, że początkowo szli oboje w złym kierunku.
Celia ledwo już nogami powłóczyła. Filip musiał ją ująć mocno pod rękę. Próbowała się bronić, ale z jej piersi wydobył się tylko żałosny szloch.
— Odwagi! — pocieszał ją Filip. — Chatka musi być już niedaleko. Mam jeszcze dość siły, by cię tam doprowadzić.
Przełknął z trudem gęstą ślinę, nagromadzoną w gardle. Celia oparła się z ufnością na jego ramieniu.
Szli jeszcze około pół godziny, aż nagle, w niewielkiej odległości, ujrzeli chatkę.
W chatce musiałktoś być, z komina bowiem snuła się cienka smuga dymu.
Tam zatem czekało na nich życie lub śmierć — ocalenie lub ostateczna rozpacz... Filip ułożył Celię pod krzakiem w ten sposób, żeby była niewidoczna. Następnie ściągnął z siebie futro Eskimosa i rzucił je na śnieg. Przygotowywał się do walki. Naprężył wszystkie mięśnie. Celia niemal pobladła, była taka biała jak ten śnieg, na którym leżała.
— Bogu dzięki! — zakrzyknął Filip. — Doszliśmy do celu, zanim Eskimosi zdążyli nas dogonić. Idę na zwiady. Zostań tu i nie ruszaj się z miejsca.
Z westchnieniem zarzuciła mu ramiona na szyję. Jakże pragnęła zatrzymać go albo iść razem z nim! Ale trudno — wiedziała, że musi go słuchać.
— Filip — szepnęła cichutko.