Odszedł.
Rozdział XX. Gorące przyjęcie
Filip obszedł chatkę dookoła. Pamiętał, że w chatce było tylko jedno okno zamykane drewnianą okiennicą, podnoszoną do góry. Ostrożnie podszedł pod okno.
Okiennica była zamknięta. Przyłożył ucho do szpary między deskami i usłyszał z wnętrza chaty jakieś kroki. Celia mogła obserwować każdy jego ruch, z miejsca na którym leżała; odczuwał trwogę i lęk, promieniujące z jej oczu aż ku niemu.
Następnie podsunął się do drzwi. Chciał jak najprędzej przekonać się, co to za człowiek znajduje się w chatce. Serce biło mu żywiej na myśl, że może znajdzie tam przyjaciela i sojusznika. Przede wszystkim jednak chciał wejść w posiadanie strzelby, o ile owa tajemnicza osobistość ma jakąś strzelbę. Musi ją zdobyć, przemocą czy podstępem mniejsza o to, bo Eskimosi z każdą chwilą byli coraz bliżej.
Gdy doszedł do drzwi, zauważył przede wszystkim parę nart i wiązkę dzirytów, oparte o ścianę chatki. Rozczarował się. Czyżby ów człowiek nie był białym, lecz Eskimosem olbrzymiego wzrostu?
Pociągnął nosem, węsząc jak pies. Spoza niedomkniętych drzwi doleciał go zapach tytoniu i kawy. Eskimos może wejść w posiadanie tytoniu, a nawet herbaty, może ją pić, ale nigdy nie pije kawy!
Przymknął na chwilę oczy, olśnione białym refleksem śniegu. Potem ostrożnie, po cichutku, zajrzał przez niedomknięte drzwi do wnętrza chaty.
W panującym wewnątrz półmroku spostrzegł duży piec. Nad płonącym ogniem stała pochylona sylwetka jakiegoś mężczyzny. Postąpił krok do przodu, obserwując uważnie, co się dzieje.
Człowiek za drzwiami podniósł się i wyprostował, wydobywając z pieca garnek z kawą. Po jego szerokich barach i olbrzymim wzroście Filip poznał natychmiast, że to nie może być Eskimos. Znowu ów nieznajomy odwrócił się na moment twarzą do światła. Tak, to biały człowiek. Długie, nieuczesane włosy opadały mu na ramiona; twarz miał zarośniętą gęstą brodą.