Niemal natychmiast zauważył Filipa i stanął jak skamieniały.
Filip wymierzył w niego maleńki rewolwer Celii.
— Jestem Filip Brant — zawołał — z królewskiej policji w służbie Jego Królewskiej Mości. Ręce do góry!
Stali obydwaj wpatrzeni w siebie: jeden sztywny, ogromnie zdziwiony, drugi trochę zdeprymowany i niepewny tego, co za chwilę może nastąpić.
Filip stał odwrócony plecami do drzwi. Liczył na to, że w cieniu jego postaci, nie zauważy rozmiarów tego maleńkiego niby zabawka rewolweru. W każdym razie strzał na tak bliską odległość powinien być skuteczny. Spodziewał się, że tajemniczy osobnik po krótkim namyśle zdecyduje się podnieść obie ręce do góry.
Tymczasem nastąpiło coś takiego, czego nie mógł się spodziewać. Oto człowiek-olbrzym podniósł do góry rękę, w której trzymał garnek z kawą i znienacka chlusnął wrzącym płynem na twarz Filipa. Filip zdążył jeszcze uchylić na czas głowę i wypalić z rewolweru. Ale zanim zdążył po raz drugi odciągnąć kurek i wystrzelić, tamten rzucił się na niego i to z takim impetem, że obydwaj uderzyli całym ciałem o ścianę chatki. Potem w dzikim uścisku runęli obaj na podłogę.
W tej chwili przyszła Filipowi myśl, że dobrze zrobił, zrzucając wcześniej ciężkie futro Eskimosa, które zawadzałoby teraz w walce. Równocześnie przypomniał sobie Brama. Przeciwnik jego zarówno siłą, jak i wzrostem dorównywał Bramowi. Zastosował zatem wobec niego te same sposoby i system walki, jakie ułożył sobie na wypadek walki z Bramem.
Należało przede wszystkim oswobodzić się od ciężaru tego olbrzymiego cielska, które zwaliło się na niego. Dobrze wymierzonym ciosem pięści uderzył z całej siły w twarz swego przeciwnika, zanim ten ostatni zdążył go zupełnie przytłoczyć do ziemi. Korzystając z chwili zamroczenia swego wroga, Filip podniósł się szybko na kolana, a następnie stanął mocno na nogach. Był to pierwszy jego triumf, odniesiony dzięki zimnej krwi i rozumowi. Ale do zwycięstwa było jeszcze daleko!
Filip górował nad swym przeciwnikiem zręcznością i zwinnością; tamten natomiast miał inny atut: ciężar swego cielska.
Tymczasem nieznajomy również zdążył podnieść się z ziemi. Filip od razu przystąpił do ataku, uderzając go pięścią w szczękę. Jeden taki cios wystarczał normalnie dla powalenia każdego przeciętnego człowieka. Ale ów olbrzym ani drgnął! Filip ponowił uderzenie. Tym razem olbrzym zachwiał się, zakreślając zygzaki, podszedł do leżącego opodal worka z ziarnem i opadł nań ciężko.