— Blake — powtórzył Filip, wstając. — George Blake zapewne. Musi to być jakiś majtek okrętowy.
Blake odzyskał przytomność i coś mruczał. Tymczasem od drzwi rozległ się głos Celii, wołała na Filipa. Podszedł do drzwi i wyjrzał na pole. W odległości jakich stu pięćdziesięciu jardów ujrzał sanki, ciągnione przez psy i zbliżające się w stronę chatki.
Psów było osiem — wszystkie kudłate o małych łbach, rasy eskimoskiej, jakie spotyka się w okolicach podbiegunowych. Ciągnęły obładowane sanie, na których siedziała jakaś krępa, otulona w futra postać.
Tymczasem w głębi izby rozległ się groźny pomruk. Filip odwrócił głowę i spotkał się ze wzrokiem Blake’a, który utkwił w niego swe krwią nabiegłe oczy. Zakrwawione usta wykrzywił w strasznym śmiechu i całym wysiłkiem mięśni starał się zerwać krępujące go więzy.
Celia przyglądała się uważnie leżącemu na ziemi Blake’owi, a w jej oczach malowało się niewysłowione zdziwienie. Kiedy Blake dźwignął się do pół ciała, ukazując swą twarz w pełnym świetle, Celia krzyknęła ze strachem, stojąc jak urzeczona.
Ale spoza drzwi dolatywał już głos Eskimosa, przybyłego na saniach. Blake zwrócił wzrok ku drzwiom z radosnym pomrukiem. Gwałtownym wysiłkiem mięśni przerwał skórzany rzemień, krępujący mu ręce. W tym samym momencie jednak Filip przyłożył mu lufę rewolweru do skroni, mówiąc szybko:
— Jeżeli piśniesz choć słówko, jeżeli dasz jakikolwiek znak, zginiesz natychmiast, Blake!... Muszę mieć te sanie wraz z zaprzęgiem! Milcz, bo łeb ci roztrzaskam od razu!
Zostawił Blake’a pod opieką Celii, która tymczasem chwyciła za strzelbę i już stała gotowa z palcem na cynglu, a sam wyszedł przed chatę, w momencie, gdy sanki zajeżdżały przed drzwi. Eskimos, powożący psami, ujrzał zdumiony lufę rewolweru skierowaną ku niemu. Słowa były zbyteczne, by dać mu do zrozumienia, że ma zejść z sanek i wejść do środka chatki, pod grozą wymierzonego rewolweru.
Gdy już znalazł się w izbie, Filip kazał mu się obrócić tyłem i związał mu silnie ręce na plecach. Następnie powtórzył tę samą operację z Blake’m, krępując mu ręce podwójnym rzemieniem, podczas gdy Celia nie spuszczała palca z cyngla, gotowa w każdej chwili strzelić, gdyby któryś z dwóch jeńców próbował stawiać opór. Imponowała Filipowi swą zimną krwią i odwagą.
Dopiero gdy Filip skończył, opuściła strzelbę i oparła ją o ścianę. Potem podeszła do Filipa, i wskazując ręką na Blake’a, zaczęła szybko mówić: widocznie chciała mu wyjaśnić, kiedy i w jakich okolicznościach spotkała już poprzednio tego człowieka.