Wówczas znużenie wzięło górę nad silną wolą Filipa. Zasnął. Ale nawet we śnie jakiś podświadomy instynkt przypominał mu ustawicznie ogrożącym niebezpieczeństwie, wołał na niego, aby się obudził, zabraniał mu spać.

I ten głos wewnętrzy wreszcie zwyciężył. Otworzył pomału ciężkie senne powieki. W pierwszej chwili odczuł ogromne zadowolenie, że udało mu się zwalczyć sen. Potem skierował spojrzenie ku BIake’owi.

Mały wzgórek śnieżny stał na swoim miejscu. Gwiazdy świeciły jasno, cisza była niezmierzona...

Ale Blake?... Gdzie się podział Blake?

Ścisnęło się serce Filipa: Blake zniknął!

Rozdział XXIV. Olaf Anderson

Zaledwie sobie Filip uprzytomnił, że Blake uciekł, a już zerwał się na równe nogi, zapominając nawet o Celii, która zsunęła się na ziemię. Zerwała się również, nie rozumiejąc, co się stało. Lufa rewolweru Filipa mignęła jej przed oczyma. Dopiero gdy powiodła wzrokiem dokoła, zrozumiała, że Blake uciekł.

Filip przeszukał spojrzeniem cały horyzont. Blake jednak zniknął bez śladu! W tej chwili trącił nogą o strzelbę leżącą u stóp Celii. Odetchnął z pewną ulgą: Blake nie zabrał ze sobą strzelby! Ani też nie zabił i nie skrępował Filipa i Celii, choć mógł to zrobić. Dlaczego? W pierwszej chwili wydawało się to wprost niepojęte.

Od razu jednak przyszło mu na myśl, że widocznie Blake, bojąc się obudzić Filipa, nie śmiał zbliżyć się do niego i narazić na ewentualną kulkę. A może uciekł właśnie w tej chwili, gdy Filip już się budził? Nie w głowie mu wtedy było zabieranie strzelby, przede wszystkim musiał ratować własną skórę.

Otuliwszy Celię w futra, pozostawił ją w saniach, sam zaś podszedł ostrożnie do owego śnieżnego wzgórka, pod którym stał poprzednio Blake. Gdy tam doszedł, aż zakrzyknął ze zdumienia i przerażenia. Bo poza wzgórzem wyżłobione były na śniegu głębokie bruzdy, jak gdyby po śniegu wleczono jakieś duże zwierzę.