Około godziny szóstej wyjechali znów na równinę, na której tylko tu i ówdzie rosły pojedynczo świerki. Wedle obliczeń Filipa musieli od rana aż do tego czasu przebyć przynajmniej pięćdziesiąt mil drogi.
Na rozkaz Filipa zatrzymali się na samym środku rzeki. Filip przede wszystkim skrępował znów prawą rękę i obie nogi bandyty, po czym ustawił Blake’a pod małym wzgórzem ze zmarzniętego śniegu, w odległości dziesięciu do dwudziestu kroków od sań. Blake pogodził się z losem, na pozór najzupełniej obojętny na wszystko.
Podczas kiedy Celia spacerowała szybko po lodzie, by wyprostować i zagrzać zziębnięte członki, Filip pobiegł na brzeg rzeki, gdzie rosło kilka powykrzywianych świerków i nazbierał tam garść suchych gałęzi. Wrócił z nimi do sanek i rozpalił opodal ognisko, starając się, by było jak najmniej widoczne.
W ciągu dziesięciu minut jedzenie było gotowe. Filip natychmiast zagasił ognisko, przydeptując żar nogami. Następnie rozdzielił między psy żywność, wydobył skóry niedźwiedzie i urządził z nich wygodne, miękkie posłanie dla siebie i dla Celii. Tymczasem zapadła noc, tak ciemna, że zaledwie można było dojrzeć ciemną sylwetkę Blake’a, rysującą się na śniegu.
Nie rozstając się z nabitym rewolwerem, Filip przygarnął Celię w swe ramiona. Oparła mu ufnie głowę na piersi, obejmując go ramieniem. Zanurzył usta w jej złociste, rozplecione włosy, nie spuszczając jednak z oczu Blake’a. Nastała zupełna cisza, przerywana tylko dyszeniem zziajanych psów.
Stopniowo, na czarnym sklepieniu niebios, zaczęły zjawiać się gwiazdy. Rozjaśniły się ciemności od zimnego, migotliwego blasku gwiazd. Filip widział przed sobą oczy Blake’a, jarzące się niby dwie pochodnie. Z lewej i prawej strony rysowały się wyraźnie oba brzegi. Można było na odległość dwustu jardów dojrzeć dobrze wszelki ruch, każdego człowieka, który próbowałby się zbliżyć.
Po pewnym czasie Filip zauważył, że Blake opuścił głowę nisko na piersi i oddychał równo i głęboko. Musiał widocznie zasnąć. Celia, przytulona do Filipa niby małe ptaszę, zasnęła od razu. On jeden tylko czuwał, bacząc na wszystko. Psy nawet spały, rozciągnięte na śniegu, niby martwe.
Upłynęła godzina. Blake nie ruszał się zupełnie. Nigdzie nie można było dojrzeć nic podejrzanego. Gwiazdy coraz bardziej rozjaśniały noc. Filip wciąż trzymał w ręku nabity rewolwer, którego stal lśniła w blasku gwiazd. Gdyby Blake przypadkiem otworzył oczy, od razu zauważy błyszczącą lufę...
Ale stopniowo i Filipa poczęła ogarniać senność, z którą na próżno starał się rozpaczliwie zmagać. Podobnie, jak owej pamiętnej nocy, kiedy wpadł w ręce Brama, tak i obecnie uległ w końcu zmęczeniu i niezmożonej potrzebie snu. Oczy mu się same zamykały i z coraz większym wysiłkiem musiał je otwierać.
Projektował sobie, że nie będą spać dłużej jak trzy godziny. Minęły już pełne dwie godziny, kiedy Filip całym wysiłkiem woli otworzył przymknięte powieki. Spojrzał na Blake’a: bandyta nie ruszał się z miejsca — głowa zwisała mu na piersi.