— Widzisz, tam daleko, daleko na północy mam ładną własną chałupkę. Zbudowana cała z żeber wielorybich i z najlepszego drzewa, zebranego z kadłubów okrętów, co się tam rozbiły. Otóż myślałem, że tam, w tej chałupce ona będzie razem ze mną. Czyż można wymarzyć sobie coś lepszego? I ty właśnie zburzyłeś wszystkie moje marzenia!

— Skoro już tak otwarcie mówisz ze mną, bądźże szczery do końca i powiedz mi wszystko. Co się dzieje właściwie z jej ojcem? Co z jego towarzyszami?

Blake przestał się śmiać.

— Ojdec jej zdrów i cały — odpowiedział. — Wiesz przecież o tym, że te pogańskie psy, Kogmolloki, szczególną czcią otaczają teściów. Każdy teść, to dla nich niby bożek, chodzący na dwóch nogach, święty symbol rodziny. Skoro tedy Kogmolloki przekonali się, że mam zamiar wziąć tę młodą dziewczynę za żonę, otoczyli jej ojca opieką, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. Toteż on żyje sobie spokojnie i bezpiecznie w swej chacie. Co do jego towarzyszy, muszę jednak cię uprzedzić, że sprawa przedstawia się znacznie gorzej: wszyscy zginęli. Ale na miłość Boga, Brant, zastanów się tylko, w jaką kabałę wpadniesz ty sam i ona razem z tobą! Skoro mnie zabijesz, oni załatwią się z tobą po swojemu — cóż się stanie z tą dziewczyną! Kto ją weźmie? Eskimosi nie lubią białych kobiet, więc zapewne dostanie się ona w ręce owego Metysa, który żyje wśród nich. Na pewno o nią kłócić się z nim nie będą.

To powiedziawszy, klasnął mocno z bicza, poganiając psy, które przyspieszyły biegu.

Filip nie wątpił zupełnie, że w słowach Blake’a dużo było prawdy. Wyjaśniały one w sposób zupełnie prawdopodobny zarówno wymordowanie towarzyszy ojca Celii, jak i darowanie życia temu ostatniemu. Nie mógł tylko nadziwić się, że Blake tak otwarcie to wszystko wyznał. Czyżby był tak zupełnie pewny bezkarności? Czyżby wiedział na pewno, że uda mu się umknąć?

W ciągu następnych godzin Blake nie pisnął już ani słówka. Widocznie uważał, że już powiedział wszystko. Nie próbował nawiązać rozmowy, ani też odpowiadać na stawiane mu przez Filipa pytania. Natomiast popędzał psy tak energicznie do biegu, że na pewno przed nadejściem nocy zarówno ludzie jak i psy musiałyby popadać ze zmęczenia.

Coś straszliwego knuł on w głowie — nie wątpił w to Filip. Dziwnie to się wydawało podejrzanym, że tak mu spieszno było dobić do celu podróży. O godzinie trzeciej po południu mieli już poza sobą około trzydziestu pięciu mil przebytej drogi. Barren był zupełnie pusty i głuchy.

Około godziny czwartej po południu z obu brzegów rzeki zaczęły ukazywać się świerki; początkowo dość rzadko, stopniowo jednak przybywało ich coraz więcej, aż wreszcie zaległy zbitym ciemnym murem oba brzegi. Filip zwracał szczególną uwagę, by sanki jechały samym środkiem rzeki, której zmarznięte, szerokie koryto stanowiło najlepsze zabezpieczenie przeciw wszelakiej zasadzce. Normalnie jeden brzeg oddalony był od drugiego na dwieście jardów, miejscami nawet znacznie więcej. Z tej odległości można się było obawiać kulki ze strzelby. A w tym wypadku, czy kula trafiłaby, czy nie, Blake zginąć musi!

Kiedy ziemię zaczął zaścielać szary zmrok, Filip poczuł ogarniające go znużenie; nogi poczęły mu odmawiać posłuszeństwa. Celia siedziała skulona nieruchomo na saniach; skurcz owładnął wszystkie jej członki, a na jej twarzy zmęczenie i fizyczne przygnębienie wyżłobiło głębokie rysy. Psy, które przez cały czas biegły niewyprzęgane, dyszały ciężko ze zmęczenia. Jeden Blake zdawał się wciąż niezmordowany.