Filip odetchnął z pewną ulgą. Nie było już zdradliwych zarośli, ani drzew, ani żadnych nierówności gruntu, ułatwiających zasadzkę. Jak okiem sięgnąć — jedna biała równina olbrzymiego Barrenu, wśród której nawet sama rzeka zdawała się niknąć. W nocy nie trzeba było lękać się jakiegoś niespodziewanego napadu. Tylko zachowanie się Blake’a i jego szyderczy uśmiech niepokoiły nieco Filipa. Czyżby Blake decydował się ryzykować własne życie, byleby wydać go w ręce Eskimosów?
Sanie sunęły teraz jak strzała po gładkiej lodowej tafli Miedzianej Rzeki, coraz głębiej na północ. Filip nie spuszczał oka z Blake’a. Po godzinie takiej jazdy doszedł do przekonania, że Blake stopniowo odzyskiwał coraz wyraźniej pewność siebie. Filip wiedział doskonale, że szkoda tracić czas na wypytywanie bandyty, bo przecież Blake mógł zupełnie dowolnie powiedzieć mu prawdę lub skłamać, pozostać nadal lojalnym lub zdradzić go.
Kiedy biegli tak jeden obok drugiego, nagle Blake wybuchnął śmiechem:
— To zabawne jednak — mówił z nieukrywaną ironią — zaczynam cię naprawdę kochać, Brant. O mało mnie nie zakatrupiłeś tam w chacie, teraz grozisz mi nieustannie śmiercią. A jednak mam dla ciebie dużo sympatii, i szczerze mi cię żal, naprawdę, gdy pomyślę, że jedziesz oto prosto do bramy piekła. Brama stoi otworem na oścież — przed tobą!
— Więc i ty wejdziesz tam razem ze mną!
— Och, ja się zupełnie nie liczę — odparł. — Ale źle zrobiłeś, odrzucając moją propozycję: w zamian za tę dziewczynę dawałem ci życie i bezpieczeństwo. A teraz — ty sam zginiesz, a ja razem z tobą. Zapewne wyobrażasz sobie, że potrafię utrzymać w karbach cały szczep Kogmolloków? Otóż mylisz się: mają oni innych wodzów, których słuchać muszą. A my zapuściliśmy się już głęboko w ich rejon.
Westchnął ciężko i dodał po chwili:
— Odmawiając mi tej dziewczyny, zniszczyłeś najpiękniejsze marzenie mego życia!
— Jakież to marzenie?
Blake krzyknął głośno na psy. Potem podjął znowu: