Zaćmiło się znowu spojrzenie Blake’a. Z głuchym pomrukiem wzruszył ramionami, trzasnął biczem i psy ruszyły z miejsca. Rzeczywiście, ominęli ów lasek zręcznie, bez żadnego wypadku.
Filip nie odstępował Blake’a przez cały czas ani na krok. W oczach bandyty, mimo jego pozornej uległości, dostrzegł coś nieokreślonego, ale podejrzanego. Coś, niby niema groźba, niby dziwny, chytry fałsz nikczemnej duszy, gotowej w każdej chwili do zdrady. Nie dał niczego poznać po sobie, ale czuł się dziwnie tym przytłoczony.
Nagle, gdy wydostali się z pagórkowatego, nierównego terenu, zakrywającego dalszy widok, Blake wskazał biczyskiem na otwierającą się przed nimi szeroką wolną przestrzeń, mówiąc:
— Oto Miedziana Rzeka!
Rozdział XXIII. Ucieczka Blake’a
Filip spoglądał na szeroką lodową taflę rzeki, kiedy głośny krzyk Celii zwrócił jego uwagę w innym kirunku.
Wskazywała palcem na olbrzymi cypel skalny, sterczący samotnie na równinie, niby jakieś mauzoleum Cyklopów.
Blake zarechotał grubym śmiechem, patrząc bezczelnym wzrokiem w zarumienioną twarz młodej dziewczyny.
— Chce ci powiedzieć — zwrócił się do Filipa — że już poprzednio była tutaj, razem z Bramem. Razem z Bramem, który jest takim samym wariatem, jak i ty.
Nie czekając na odpowiedź Filipa, popędził psy naprzód po pochyłości i w kwadrans później sanie sunęły już po zamarzniętej rzece.