...I kto wie jeszcze... może zanim dojedziemy na miejsce, ojca twego nie zastaniemy już przy życiu?... Nasz los zależy obecnie od Blake’a... Pilnujże go dobrze! Ja również będę mieć go na oku.

I podchodząc na początek sań, nabił rewolwer, z którego na odległość trzydziestu kroków mógł zastrzelić Blake’a.

Jechali w kierunku północno-zachodnim. Na pewno w niedługim czasie natkną się na Miedzianą Rzekę, ów potężny strumień płynący ku północy, a o tej porze roku zupełnie zamarznięty. Ilekroć drzewa i zarośla stawały się rzadsze, Filip zbliżał się do Celii. Ale gdy tylko teren wydawał się odpowiedniejszy na jakąś zasadzkę, wracał natychmiast do Blake’a, trzymając rewolwer w ręce. Wówczas Celia oglądała się poza siebie, bacznie śledząc, czy ich kto nie ściga.

Jechali w ten sposób już trzy kwadranse, kiedy nagle Blake rzucił krótką komendę. Psy przystanęły natychmiast.

Znajdowali się na małym, zupełnie pustym wzgórzu. W dali przed nimi rysowała się czarna linia lasu. Blake wskazał ręką na gęstą smugę czarnego dymu, wijącą się ponad świerkami.

— Teraz musisz sam zdecydować, co począć dalej — mówił zimno i spokojnie. — Droga nasza prowadzi przez ten las... widzisz tę smugę dymu? Musi tam siedzieć kilkunastu Eskimosów, zapewne obżerają się mięsem upolowanego karibu. Jeżeli pojedziemy dalej w tym kierunku — spostrzegą nas, a ich psy na pewno nas zwęszą. Ta okolica, w której obecnie się znajdujemy, to prawdziwa mordownia przesiąkła krwią... Wolę cię lojalnie o tym uprzedzić, bo wcale nie mam ochoty dostać w łeb owej kulki, którą mi obiecałeś.

W głosie Blake’a brzmiała nuta szczerości. A jednak zdawało się Filipowi, że w oczach jego czai się jakaś złośliwa myśl.

— Zastanów się dobrze, Filipie Brant! Jeżeli nie odstąpisz od swego zamiaru i będziesz jechał dalej w tym kierunku — do wieczora będziemy mieć około dwustu Eskimosów na karku. Dziękuj Bogu, że tutaj zatrzymałem psy, zamiast rzucić was oboje w samą paszczę wroga! Skorzystaj z tego, jeżeli ci życie miłe. Zostaw mi tę dziewczynę, a sam zmykaj na południe razem z psami i saniami.

To już pachniało wyraźnym szantażem.

— Jedziemy dalej — oświadczył stanowczo Filip, mierząc Blake’a pogardliwym spojrzeniem. — Jeżeli kto, to ty jeden właśnie, możesz przejechać spokojnie pod samym nosem Eskimosów. Ty mi będziesz najlepszą bronią, jeżeli nie chcesz sam zginąć. Być może, że po twojej śmierci ja dostanę się w ręce Eskimosów. Ale tej dziewczyny nigdy nie dostaniesz! Zrozumiano? Wkrótce już skończy się ta niebezpieczna gra, którą prowadzimy obydwaj. Jeden z nas musi przegrać, ale coś mi się zdaje, że to nie na mnie, lecz na ciebie wypadnie.