Blake zrozumiał nareszcie, że to nie przelewki. Zwrócił się do stojącego Eskimosa i powiedział mu kilka słów w jego narzeczu.
Filip domyślał się doskonale, że dawał mu wskazówki i rady, jak mają postępować, by oswobodzić Blake’a z rąk Filipa. Nie wątpił jednak, że Blake radził postępować ostrożnie i uprzedzał Kogmolloka, iż walka będzie ciężka i niebezpieczna wobec tego, że strzelba i rewolwer dostały się w ręce Filipa.
Kiedy Blake skończył mówić, kazał mu wyjść z izby i podprowadził go do stojących w pobliżu sań, gotowych do drogi. Na saniach leżał zapas świeżego mięsa karibu. Filip zostawił na saniach tylko niewielką część mięsa, potrzebną na drogę; resztę wyrzucił na śnieg. Następnie usadowił wygodnie Celię na saniach. Podszedł do Blake’a, który nogi miał już oswobodzone z więzów, i oswobodził mu jeszcze prawą rękę. A podając mu długi harap Eskimosa, leżący na saniach, rzekł:
— No, a teraz, Blake, w drogę! Będziesz biegł obok psów i masz kierować nimi. Prosto do Miedzianej Rzeki i to najkrótszą drogą! Idzie tu tak samo o twoje, jak i o moje życie. Za najmniejszy podejrzany znak śmierć cię czeka.
— Oszalałeś chyba! — mruknął Blake niechętnie. — Oszalałeś!...
— Stul gębę! — odpowiedział krótko Filip. — Dalej, jazda!...
Blake trzasnął donośnie batem i rzucił krótki rozkaz w narzeczu Eskimosów. Psy, leżące dotychczas na śniegu, zerwały się gwałtownie. Zabrzmiał drugi rozkaz i sanki ruszyły z miejsca. Eskimos stojący na progu izby spoglądał błyszczącymi oczyma za saniami, oddalającymi się gwałtownie.
Filip biegł obok sanek. Strzelbę wręczył Celii, która trzymała ją opartą na kolanach, z palcem na cynglu, gotowa do strzału na wypadek, gdyby Blake próbował uciekać. Filip wiedział dobrze, że może jej powierzyć tę ważną funkcję, że Celia nie zawiedzie jego zaufania. I teraz biegnąc obok sań, widząc z jakim skupieniem i uwagą wpatruje się ona w szerokie plecy Blake’a — zaczął się śmiać. Celia rzuciła na niego przelotne spojrzenie i zarumieniła się mocno. W oczach Filipa wyczytała miłość.
— Ma rację Blake — monologował Filip półgłosem — trzeba być szalonym, by postępować w ten sposób. Dla ciebie tylko ryzykuję tę podróż na północ, do twego ojca. A idzie tu o życie nas obojga. A może, ukochana, nie zdajesz sobie z tego należycie sprawy? Gdybyśmy jechali na południe, wkrótce już nic by nam nie groziło... Eskimosi nie ośmieliliby się ścigać nas daleko... I wówczas miałbym pewność, że będziesz moją... na zawsze...
Celia uśmiechnęła się łagodnie, słuchając go, choć nic nie rozumiała.