— Boże wielki! Czy to naprawdę ty, Olaf Anderson?!
Rozdział XXV. Oblężenie chatki
Olbrzymi Szwed niemniej wydawał się zdumiony od Filipa. Ale wkrótce oczy rozjaśniły mu się radością. Uchwycił Filipa kurczowo za rękę, obmacywał go całego, jakby się chciał upewnić, że go oczy nie mylą, aż w końcu zaśmiał się, wykrzywiając twarz w komicznym grymasie.
Ten śmiech i ten grymas były specjalnością Olafa Andersona. Krew mu wówczas napływała do twarzy, skutkiem czego cała nabrzmiewała dziwacznie. Znali go z tego doskonale jego koledzy z policji i nieraz też się naśmiewali. A im bardziej sytuacja przedstawiała się tragicznie, tym silniejszym śmiechem wykrzywiała się czerwona twarz Andersona. Mówiono o nim, że nawet w godzinie śmierci nie zapomni o owym śmiesznym grymasie.
— Nie ma co mówić, przybywacie w samą porę — oświadczył na powitanie, ściskając z całej siły rękę Filipa, wykrzywiając twarz w uśmiechu.
— Wszyscy zginęli, prócz mnie jednego... I Calkins, i Harris, i ten mały Holender, O’Flynn to już dawno zimne, skostniałe trupy, mój Filipie! Spodziewałem się, że prędzej czy później wyślą jakiś patrol w poszukiwaniu mnie. I czekałem na was niecierpliwie. Ilu was jest?
Rzucił okiem poza chatkę i sanie, w stronę śnieżnej płaszczyzny. I wówczas zniknął mu z twarzy radosny uśmiech, ustępując miejsca nieukrywanemu rozczarowaniu.
— Sam? — spytał krótko.
— Tak jest, sam — przytaknął Filip. — Jest ze mną tylko Celia Armin, którą przyprowadziłem tu do jej ojca. W tych stronach kręci się też niejaki Blake, skończony łajdak, z bandą Eskimosów. Dałem już im porządną nauczkę i chwilowo udało mi się zmylić ślady. Ale coś mi się zdaje, że niezadługo znów ich zobaczymy.
Olaf zaczął się znów śmiać: