— To naprawdę zabawne — oświadczył. — Niech nas Bóg ma w swojej opiece. Przyjadą tu oni pierwszym pociągiem, że się tak wyrażę. Podczas gdy jedna połowa szczepu goniła za wami, druga połowa zawzięła się na mnie. Ale co w tym wszystkim najzabawniejsze, to to, że jesteś tylko sam jeden...

Spojrzenie Olafa padło na strzelbę i rewolwer.

— Masz amunicję? — zagadnął żywo. — A może i zapasy żywności?

— Mam jakieś czterdzieści naboi — w tym jedna trzecia do rewolweru. I duże zapasy mięsa.

— W takim razie wszystko już dobrze! — zaryczał Szwed radośnie. — Zamknijmy się w chacie razem z psami. Tylko trzeba się spieszyć.

Jakby na potwierdzenie ostatnich słów Olafa Andersona, od strony lasu huknął strzał i kulka przeleciała nad ich głowami.

Czym prędzej więc zagnali do chatki psy; również i sanie schowali do środka, co nie przyszło im tak łatwo, gdyż drzwi do izby były bardzo wąskie. W tym czasie jeszcze kilkanaście razy rozległ się huk strzałów, a jedna z kul poprzez szparę między belkami wpadła nawet do wnętrza chaty.

Podczas gdy Olaf Anderson zapierał drzwi ciężką drewnianą zasuwą, Filip podszedł do Celii. Podbiegła ku niemu z oczyma jasno błyszczącymi w półmroku izby i zarzuciła mu ramiona na szyję. Anderson odwrócił się na ten widok, z miną niewymownie zdziwioną, a i ów starzec z siwą brodą wydawał się niemniej zdziwiony.

Celia uściskała Filipa, po czym zwracając się do swego ojca, przemówiła kilka słów. I zostawiwszy Filipa samego, wróciła do ojca. Olaf widocznie zrozumiał, co mówiła, gdyż westchnął głęboko:

— Co ona powiedziała? — spytał go Filip błagalnym tonem.