Olaf, który tymczasem już wyszukał sobie jakąś szparę w drzwiach i przytknął do niej oko, odpowiedział:

— Powiedziała, że poślubi ciebie, o ile uda nam się wydostać z tego piekła. W czepku się urodziłeś, nie ma co mówić! Celia Armin żoną takiego dzielnego i eleganckiego rycerza!... To byłoby naprawdę wspaniałe, o ile w ogóle do tego kiedyś dojdzie... Wątpię w to, prawdę powiedziawszy. A jeżeli mi nie wierzysz, chodź sam, przypatrz się, co się tam dzieje!

Filip przyłożył oko do szpary. Na śnieżnej polance pod lasem aż roiło się od Eskimosów. Było ich tam pięćdziesięciu i nie mieli zamiaru ukrywać się.

— To już tak od czterdziestu dni oblegają nas obu w tej chatce — objaśniał Olaf głosem tak spokojnym i zimnym, jak gdyby składał swój zwyczajny raport przed przełożonym. — Odparliśmy kilkanaście razy ich atak. Zużyliśmy osiemdziesiąt naboi, rozdzieliliśmy po połowie moją miesięczną rację żywności. Przedwczoraj wystrzelaliśmy wszystkie prawie naboje, zostało nam już tylko trzy. Wczoraj był spokój. A ponieważ nie mieliśmy już zupełnie nic do jedzenia i groziła nam śmierć głodowa, zatem dziś rano wybrałem się na zwiady, by upolować jakąś zwierzynę. Natknąłem się na paru Eskimosów, wiozących mięso karibu. Wdałem się z nimi w walkę. Przyszły inne posiłki, musiałem wystrzelić jeszcze dwa naboje. Został mi już tylko jeden jedyny, ostatni. Domyślają się tego widocznie i dlatego tak śmiało pokazują się nam na oczy. Moja strzelba jest kalibru 35. A twoja?

— Ten sam kaliber — odparł Filip, ogarnięty już gorączką walki. — Podzielimy równo moje naboje. Jeszcze im możemy zalać sadła za skórę. Ale, nawiasem mówiąc, należę do patrolu z Fortu Churchill. Objaśnię ci pokrótce, jakim sposobem, z własnej inicjatywy, zapędziłem się aż tutaj.

I nie przestając obserwować, co się dzieje w polu, opowiedział Olafowi w krótkich słowach o swym spotkaniu z Bramem Johnsonem i o wszystkim tym, co potem nastąpiło. Na usta cisnęło mu się tysiące pytań odnośnie Celii i jej ojca. Zapewne Olaf znał dobrze całą ich historię.

Ale Olaf, obserwujący przez inną szparę równinę leżącą po drugiej stronie chatki, gdzie rozciągała się lodowata tafla Miedzianej Rzeki, pociągnął go za ramię, dając mu znak, by i on tam spojrzał.

Na drodze, którą przybył Filip, ukazały się sanie, jedne, drugie, trzecie i czwarte. Poza saniami biegło trzydziestu ludzi otulonych w filtra.

— To Blake ze swymi ludźmi! — wykrzyknął Filip.

Twarz Olafa Andersona skamieniała w jakimś żelaznym spokoju. Stwardniał dziwnie nawet jego zwykły uśmiech, a oczy lśniły dziwnym, zielonkawym światłem. I on gotował się do walki. Powiódł z wolna ramieniem, wskazując na cztery ściany chatki.