Olaf spojrzał przez szparę.

— Nie ma ich razem nawet stu — odparł z niezmąconym spokojem. Nie masz się czego denerwować, ale dość ich jest na to, aby każda nasza kulka trafiła, kiedy zaczną schodzić z tego wzgórza, na które właśnie się drapią. Znakomity będziemy mieli cel w porównaniu do okoliczności, w jakich padli Calkins, Harris i O’Flynn, podczas gdy ja uratowałem się ucieczką w mrokach nocy. Wówczas oni nam urządzili prawdziwą niespodziankę... Ale tym razem my ich mamy.

Rozproszona linia posuwających się czarnych sylwetek zatrzymała się niespodziewanie poza owym wzgórzem, nie posuwając się już dalej.

Olaf Anderson zamruczał z nieukontentowaniem:

— Masz tobie! Zaczynają teraz bawić się w strategów. Czekajmy więc, co dalej uradzą. Z pewnością to sprawka Blake’a.

Filip przysunął się blisko do niego.

— Słuchaj mnie, Olaf — zaczął. — Przeżywamy straszne godziny. Kto wie, czy wykręcimy się w ogóle z tej opresji? Jeżeli mam zginąć, chciałbym przedtem dowiedzieć się wielu rzeczy. Wiesz, że kocham tę tu obecną dziewczynę. Przyrzekła mi, że mnie poślubi, ale nie znam zupełnie tego języka, którym ona mówi. Nic o niej nie wiem. Kim ona jest? Skąd się tu wzięła? Co jej się właściwie przydarzyło? Czemu wówczas, gdy ją spotkałem, znajdowała się w towarzystwie Brama Johnsona? Tego wszystkiego pragnę się dowiedzieć. Musisz przecież wiedzieć wszystko, skoro umiesz się z nią porozumieć.

— Robią ostatnie przygotowania do walki — przerwał mu Olaf, nie odpowiadając od razu na postawione mu pytania. — Knują jakiś szatański plan. Patrz, formują małe grupki. Widzisz, idą nawet naprzód, niosąc duże pnie drzewa. Podczas gdy jedna połowa czekać będzie za wzgórzem, druga rzuci się do ataku na chatkę. Te pnie drzewa służyć im będą jako tarany.

Westchnął głęboko. Potem bez żadnego przejścia, mówił dalej:

— Calkins, Harris i O’Flynn zginęli po rozpaczliwej walce, wciągnięci w zasadzkę. Opowiem ci to innym razem. Ja się wymknąłem; przez cały tydzień uciekałem przed ścigającą mnie bandą. Natknąłem się na obóz, w którym znajdował się Armin ze swą córką i z dwoma jeszcze białymi ludźmi. Byli to Rosjanie. Szli na południe; za przewodników mieli dwóch Kogmolloków z Zatoki Koronacyjnej. Na drugi dzień dogoniły nas te czarne, straszne diabły z Blakiem na czele. Pojmali nas wszystkich do niewoli. Dziwnym przypadkiem zjawił się wówczas właśnie Bram Johnson, ów zagadkowy wędrownik, idący nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. Głupie Eskimosy uważają Brama za istotę nadnaturalną, za jakiegoś potężnego diabła, czy czarownika. A każdy z jego wilków, to w ich oczach diabeł wcielony. Postanowili już sobie, że nas, mężczyzn, wszystkich wymordują, a Blake weźmie dla siebie młodą dziewczynę. Aż tu zjawia się Bram i nic nie mówiąc, siada sobie na ziemi, na wprost nich i patrzy tylko na nich. Zgłupieli; stanęli jak zahipnotyzowani, nie mogąc się na nic odważyć. Minął cały dzień w zupełnym spokoju. Bram nie myślał jakoś wcale o odejściu. Zauważyłem, że podniósł leżący na śniegu jeden długi złoty włos Celii i przyglądał mu się z zachwytem. Kiedy postąpiłem ku niemu, zawarczał niby dziki zwierz; widocznie lękał się, że mu ten złoty włos chcę odebrać. Wówczas przyszła mi szczęśliwa myśl do głowy. Poradziłem Celii, by własnoręcznie ucięła pukiel swych włosów i wręczyła je Bramowi. Tak też zrobiła, i od tej chwili Bram czuwał nad nią z wiernością i uległością psa. Próbowałem nawiązać z nim rozmowę, ale na próżno. Ten wariat, zdaje się, nie rozumiał zupełnie, co mówiłem, mianowicie, że z chwilą gdy on odejdzie, my wszyscy i Celia zostaniemy wymordowani.