Anderson przerwał na chwilę opowiadanie i przyłożył oko do szpary między belkami.

— No, już ułożyli cały plan ataku — mówił. — Widzisz, ci, co niosą pnie drzewa, zasapali się trochę — teraz gotują się do dalszej drogi. Pilnuj dobrze strzelby, Fil! Zaczniemy strzelać, gdy będą w połowie drogi do chaty, nie wcześniej. Tak będzie lepiej i pewniej... Otóż wracam do mego opowiadania:

— Minęło kilka dni. Bram odszedł ze swymi wilkami — wybrał się na polowanie. W czasie jego nieobecności Blake z Eskimosami napadł na nas. Obaj Rosjanie zginęli. Ja i Armin broniliśmy się rozpaczliwie, zasłaniając Celię własnym ciałem. Nagle zjawia się Bram, niby piorun z jasnego nieba. Nie miesza się zupełnie do walki, tylko po prostu porywa Celię, sadza ją na swoje sanie i odjeżdża razem z nią galopem. Korzystając z chwilowego zamieszania, próbuję uciekać razem ze starym. Ale naturalnie daleko zajść nie mogliśmy. Opatrzność jednak czuwała nad nami. Natknęliśmy się na tę chatkę. Zamknęliśmy się w niej i odtąd przez czterdzieści dni, przez czterdzieści nocy...

Nie skończył zdania. Huknął strzał ze strzelby Olafa i jeden Eskimos koziołkując runął na ziemię.

Rozdział XXVI. Zakończenie

W chwilę później i Filip wystrzelił do najbliższej grupki Eskimosów. Dym zasłonił zupełnie wąski otwór strzelnicy. Gdy dym ustąpił, Filip przekonał się, że i jego strzał był celny: na śniegu czerniał już drugi zabity.

— Doskonale! — mruknął Olaf.

W stronę chatki podchodziło pięć grup Eskimosów, każda po ośmiu ludzi, niosąc grube i ciężkie pnie. Filip i Olaf strzelali w dalszym ciągu do pierwszej, najbliższej grupy. I znowu czterech napastników zwaliło się na ziemię. Dwaj pozostali uciekli, porzucając niesione drzewo.

W tej chwili Filip, który właśnie nabił świeżo strzelbę, spostrzegł, że Celia stoi obok niego. Przyłożyła oko do szpary w ścianie, chcąc naocznie przekonać się, jak sprawa stoi. Podczas ostatniego aktu rozgrywającej się obecnie tragedii, dawała wszystkim przykład nieustraszonej odwagi.

Olaf Anderson odezwał się: