Ułożył się tedy na ziemi, obok Celii, zasłaniając ją własnym ciałem od strzałów.
Kule przebijały cienkie ściany chatki i leciały jak grad. Jedne opadały na ziemię, nie czyniąc szkody, inne niszczyły wszystko, co tylko na drodze spotkały.
— Leżcie zupełnie płasko! — krzyczał Anderson. — Jedyną osłoną dla nas jest ten najniższy rząd belek ściennych...
Jeden z psów trafiony kulką w łeb, zawył żałośnie. Podskoczył, skręcił się i padł martwy.
Filip obejmował Celię swym ramieniem, tuląc ją do siebie mocno. Czyliż to już koniec? Oboje przywarli ustami do siebie. Takież to ma być ich ślubne łoże? Przyszło mu na myśl, że jego pierwej śmierć spotkać musi, niż Celię, którą osłania własnym ciałem. A gdyby wówczas Blake, czy to przypadkiem, czy wiedziony jakimś szatańskim instynktem, kazał zaprzestać ognie, ona dostałaby się żywa w jego ręce!... Ach, to przecież byłoby potworne!
Nagłe strzelanina ucichła.
Czyżby Kogmolloki wyczerpali już zapasy amunicji? Czy może chcieli tylko odpocząć trochę? A może przygotowują się do szturmu na chatkę, pewni, że ich nieprzyjaciele nie są już zdolni do walki?
Po paru minutach wyczekiwania Olaf odważył się dźwignąć z ziemi. Filip zamierzał właśnie zrobić to samo, aby się przekonać, co się tam dzieje, kiedy nagle rozległ się donośny, dziwny krzyk. Ten głos nie był im obcy!
— Wielki Boże — zakrzyknął Olaf. — To Bram Johnson we własnej osobie!
Bram Johnson! Na dźwięk tego imienia Celia i jej ojciec zerwali się z ziemi. Wszyscy czworo przyłożyli oczy do otworów w ścianie chatki. Rzeczywiście z lasu wychyliła się olbrzymia postać Brama. W ręku trzymał swą ogromną, ciężką pałkę, wymachując nią groźnie. Przed nim zaś pędziły straszliwe wilki, rozwijając się w półkole na śnieżnej równinie. Bram zachodził od tyłu i atakował Eskimosów!