„Albowiem wejrzał z wysokiej świątnicy Swojej, aby wysłuchał wzdychania więźniów, aby rozwiązał syny pomordowanych.
„Na słowo Jego czekała dusza moja, nadzieję miała dusza moja w Panu”.
Niestety! Dla Stasia nie było już nadziei, nie było jej przynajmniej na ziemi...
W tych cieniach, słabo rozświetlonych posępnymi błyskami gromnic, zrobiło mi się naraz okropnie. Wyobraziłem sobie, że te ciemne postacie, pochylone na podłodze, to szereg trupów, okrytych całunem i że babcia Justyna, ze swoją woskową i nieruchomą twarzą, to także trup, a modlitwa jej głośna, to jakiś straszny głos z za grobu. Zerwałem się, szlochając, i poomacku, uderzając o meble i potykając się, pobiegłem do salonu. We drzwiach zatrzymała mnie Leoncia.
—Panna Felicya tam jest? spytała szeptem.
—Jest... Nie... nie... wiem... Ja się boję tam... Ja nie chcę...
I czepiałem się, szlochając, jej sukni.
—Niech Janio mi się zabiera stąd ze swymi płaczami, syknęła przez zaciśnięte zęby. Takie nieszczęście, a on się maże. Także czas sobie wybrał!
I odtrącając mnie, zawołała po cichu przez drzwi uchylone na pannę Felicyę.
W salonie paliło się kilka świec i lampa na dużym stole, na którym stał dymiący samowar wraz z przyborami do herbaty.