Kilka osób skupiło się razem w przeciwnym końcu pokoju, dokoła wuja Ksawerego, który widocznie tylko co przyszedł, bo mokre futro miał jeszcze na sobie i czapkę w ręku.

Panna Felicya podbiegła w tej chwili do niego.

—Co, telegram? zawołała: z Petersburga? jest nadzieja?

Wuj Ksawery był bardzo poważny a blady jak płótno, on, z którego policzków tryskała zwykle krew i wesołość aż biła. Wąsy mu się nawet opuściły na dół, a ręka trzęsła się, gdy zmięty papier podawał pannie Felicyi, nic nie mówiąc.

Ta wyrwała mu go z ręki i przez chwilę próbowała go czytać.

—Nie mogę, zawołała wreszcie. Łzy nie dają.

—Daj mnie, rzekła babcia podkomorzyna.

I po cichu, szeptem, ale wyraźnie przeczytała słów kilka.

Nie pamiętam dziś ich treści—i po co? Dość, że ambasadorowa, zajmująca się w Petersburgu uratowaniem Stasia, donosiła swojej przyjaciółce księżnej, w pokrytych słowach, że wszyskie zabiegi chybiły, i że prywatną audyencyę, o którą prosiła w tej sprawie, naznaczono jej... na czwartek po południu.

A czwartek to byl dziś... I dziś rano miano wykonać wyrok.