Przez długą chwilę trwało milczenie. Tyle łez płynęło już w tych dniach ostatnich, że źródło ich wyschło. Stali wszyscy nieruchomi i cisi, oczu nie podnosząc i konwulsyjnie zaciskając dłonie.

Zegar ścienny zaczął powoli wybijać godzinę.

Wuj Ksawery podniósł nagle głowę, jak człowiek budzący się ze snu.

—Szósta, szepnął. Ależ to przecie... o tej godzinie...

—Jezus, Marya! jęknęła panna Felicya; o tej godzinie, w tej chwili...

I nie kończąc, wbiegła do drugiego pokoju i z łkaniem rzuciła się twarzą na ziemię, przed ołtarzem.

Jedni za drugimi—wsunęli się za nią wszyscy. Wuj Ksawery ukląkł przy progu na obydwa kolana, pochylił się tak, że czołem prawie dotykał posadzki i zaczął głośno szlochać.

Dzień się robił mglisty, żałobny, ołowiany. Smugi białego światła szły przez okna, kłócąc się z żółtem światłem świec woskowych i bladym twarzom nadając trupią barwę. Klęczeliśmy wszyscy, milcząc. Czasem tylko urywane łkanie, jęk lub głośniejsze słowo modlitwy przerywało ciszę.

Mama leżała ciągle krzyżem, nieruchoma, jakby umarła.

Nie wiem, jak długo to trwało. Wreszcie skończyło się.