— Pan? — zdziwił się chłopiec i zaczął się bacznie przyglądać ojcu Dzidzi. — A czy pan psu krzywdy nie zrobi? — spytał i ciągnął dalej: — Bo pies to jak człowiek, proszę pana. Jak z nim dobrze, to pies dobry. Ale broń Boże bić albo się znęcać! Zaraz robi się zły! I głupi! I już taki pies nic niewart!
— No, no, nie bój się! — uspokoił go pan Rosochacki. — Nikt u mnie psa nie ukrzywdzi. Przyjdź jutro w południe na tę samą ławkę. Przynieś pieska ze sobą. A wybierz tego, który jest według ciebie lepszy i ładniejszy. Przyjdziesz?
— Przyjdę, proszę pana, przyjdę — przyrzekł chłopiec. — Ale, panie...
— Co?
— Proszę pana, pan Plotczynych dzieci nie ukrzywdzi? Prawda? Ręka?
I wyciągnął rączynę. Pan Rosochacki uścisnął serdecznie dłoń malca.
— Bądź pewien, chłopcze — powiedział poważnie — że twojej psinie w moim domu nic złego się nie stanie!
V
Nazajutrz o umówionej porze ojciec Dzidzi był na Wałach. Zdziwiło go, że na ławce, na której spodziewał się zastać chłopca ze szczeniętami, zobaczył kilka osób. Rozmawiały one żywo ze sobą i stanowiły najwidoczniej jedno towarzystwo.
— Jak się masz, chłopcze! — powiedział zbliżając się pan Rosochacki. — Masz psa?