Półmisek był wprawdzie nadtłuczony porządnie z jednego brzegu. Ale za to miał złoty rąbek i cały zamalowany był w różyczki.

Czy komu może się nie podobać taki okazały, wyzłocony i ukwiecony półmisek? Czyż nie będzie wszystko lepiej Wiernusiowi na takim cudzie w kwiatki smakowało?

W każdym bądź razie będzie on z tego pięknego półmiska jadał chętniej niż na przykład z takiej wielkiej kamiennej miski jak ta, z której karmią Lorda!

VI

W poczekalni na dworcu pan Rosochacki rozglądał się na wszystkie strony. Nigdzie Muńka nie było widać.

„Czyżby się rozmyślili i w ogóle nie chcieli sprzedać szczeniąt? Może staruszkowie nie mogli się zdecydować na wybór?” — myślał ojciec Dzidzi, nierad, że wróci do domu bez tak upragnionego przez córkę podarunku. Już wsiadał do wagonu, a tu ktoś schwycił go za ramię. Obejrzał się. Przed nim stał Muniek z koszykiem.

— Byłem pewien, że już nie przyjdziesz, chłopcze — powiedział pan Rosochacki.

— Ach, proszę pana! Czy pan myśli, że to łatwo rozstać się z tym, co się kocha? Spóźniłem się trochę, bo zanim psy dostały jeść, zanim się wyspały, trochę czasu upłynęło. No i trzeba się było z nimi pożegnać. A to najtrudniej. O, widzi pan, tam za oknem jest Plota! I dziadkowie! I Hala! I Witek! Wszyscyśmy przyszli nasze psy odprowadzić!

Pan Rosochacki spojrzał w okno wagonu. Zobaczył cztery twarze przywarte do szyby i wpatrzone w koszyk.

— No, a któregoś wybrał, Bielaska czy Finka? — zapytał chłopca.