— Są obydwa — odpowiedział Muniek.

— Obydwa? — zdziwił się pan Rosochacki.

— A tak. Uradziliśmy wszyscy, że tak będzie najlepiej. Obu im będzie raźniej na nowym miejscu. A zresztą! Którego tu wybrać? Obydwa ładne. A dziadkowie do ostatniej chwili nie mogli się zgodzić na to, który ma jechać, a który zostać. Psom będzie dobrze, prawda? Biedna Plotucha, jej najgorzej! — szepnął chłopczyna, wepchnął do rąk panu Rosochackiemu koszyk i pobiegł szybko w stronę wyjścia.

Pociąg miał ruszyć lada chwila. Pan Rosochacki rozejrzał się po półkach. Postawił koszyk ze szczeniętami na jakimś pudełku. Usiadł i począł rozmyślać nad tym, jaką niespodziankę sprawi Dzidzi! Przywiezie jej przecież aż dwa pieski!

Co prawda od razu postanowił, że zaraz po przyjeździe pozbędzie się jednego szczenięcia. Boć przecież niepodobna trzymać aż dwa psy w ciasnym mieszkaniu na czwartym piętrze — prawda?

VII

Przedział wagonu, w którym jechał pan Rosochacki, pełen był podróżnych. Siedziano tak ciasno, że trudno się było poruszyć.

Na półkach też pełno było rzeczy. Walizki, pudła, pudełka sięgały aż pod sufit wagonu. Tuż nad głową pana Rosochackiego na półce leżała wielka waliza skórzana. Na niej sakwojaż8. Obok niego pudełko łubiane. Na nim wielkie pudło od kapelusza. Dopiero na tym pudle stał koszyk ze szczeniakami.

Obok pana Rosochackiego siedziała jakaś zażywna9 dama w jasnej bluzce. Pani ta najwidoczniej bardzo była znużona. Niezadługo po wyjeździe z Poznania kiwnęła się ona raz, kiwnęła drugi i zasnęła na dobre. Zdrzemnął się też i ojciec Dzidzi.

Obudził go ostry krzyk sąsiadki: