— Co to jest! Boże mój! A to co?
Dama w bluzce zerwała się na równe nogi. Poderwał się też i pan Rosochacki. Inni podróżni, zbudzeni z niespokojnej drzemki w wagonie, otworzyli szeroko oczy. Jakaś pani, siedząca przy oknie, krzyknęła:
— Katastrofa! Pociąg się wykoleił!
Jakiś usłużny pan gotów był pociągnąć za sygnał alarmowy!
Nagle sąsiadka ojca Dzidzi odskoczyła od ławki tak gwałtownie, że aż siadła na kolana jakiemuś panu naprzeciwko, i zawołała:
— Ależ tu się coś leje! Leje coś czerwonego, śliskiego!
— Krew! — wrzasnął chudy jegomość, ten, który poprzednio chciał zatrzymać pociąg.
Rozepchnął wszystkich, wypadł na korytarz. I tyle go widzieli!
— Gdzie się leje, proszę pani? — spytał ojciec Dzidzi.
— Tu! Tu! Z tej torby! Czy z tego pudełka od kapelusza! — odpowiedziała wystraszona dama i wskazała na leżące na półce ponad jej siedzeniem pakunki.