— Z mojego kapelusza nic się nie leje! Bo kapelusz nie śnieg! Z gorąca się nie topi! — wykrztusiła ze złością jakaś dama, do której najwidoczniej należało pudełko.

— Jezus, Maria! — zawołała nagle. — A cóż tam stoi na moim kapeluszu? Któż to wozi pomidory w koszyku na taki upał? Kapelusz mi się na nic zniszczy! Wziąć mi zaraz to paskudztwo! Czyj to koszyk?

— Mój, proszę państwa! — odpowiedział ojciec Dzidzi. — Ale niech się państwo uspokoją! W tym koszyku nie ma pomidorów!

— Co mi pan tu będzie opowiadał! Są pomidory! Przecież nie jestem ślepa! I widzę! Jeżeli to nie są pomidory, to co to jest?! — zawołała dama w białej bluzce i podsunęła do oczu pana Rosochackiego chusteczkę, którą wycierała plamy na ubraniu.

— Przekonam was, moi państwo, że się mylicie! — powiedział ojciec Dzidzi i sięgnął po koszyk.

Dotknął ręką pudła z kapeluszem! I natychmiast przekonał się, niestety, że damy się nie myliły!

Cały wierzch pudełka zalewała zupa pomidorowa!

Przerażony, schwycił za koszyk. Postawił go w przejściu. Odsunął wieko. I... oniemiał ze zdziwienia!

Obydwa pieski wyglądały jak raki po ugotowaniu! Tak wysmarowane były pomidorowym sosem!

Pan Rosochacki podniósł jednego do góry! Na dnie koszyka dojrzał sporą salaterkę, a w niej drugiego psa oklejonego makaronem! Wszyscy podróżni tak samo byli zdumieni tym, co zobaczyli, jak ojciec Dzidzi. Nikt nie mógł pojąć, czemu w salaterce z zupą pomidorową siedzą dwa żywe pieski jak kluski?