Aż tu właścicielka kapelusza dojrzała kawałek papieru. Przyczepiony on był do wieczka koszyka z wewnętrznej strony. — Może na tej kartce będzie jakieś wyjaśnienie! — powiedziała.

Pan Rosochacki zdarł kartkę. Spojrzał na nią.

Wielkimi literami jakaś niezupełnie wprawna ręka, zapewne Muńka, napisała:

Bielasek lubi makaron, a Finek pomidory.

Tym najlepiej karmić. Na drogę mają dość.

Możecie sobie łatwo wyobrazić, jak pan Rosochacki był rad z tego, że Muniek tak serdecznie dbał o to, żeby się pieski w drodze nie wygłodziły!

Musiał przepraszać i panią z kapeluszem, i panią w bluzce! Ścierać plamy! A tu kto żył z pasażerów wymawiał mu jeszcze, że takie małe pieski więzi w koszyku! Użalano się nad nimi, gładzono je, pieszczono.

Niedługo jednak trwał ten zachwyt podróżnych nad pieskami. Bielasek zaczął płaczliwie piszczeć i nie chciał się utulić! Finek czmychnął pod ławkę! I trzeba go było szukać zagubionego pomiędzy rurami, którymi ogrzewają wagony! Wyciągnąć zza ręcznych torebek! Gonić po korytarzu!

Pan Rosochacki przez resztę nocy nie mógł zmrużyć oczu. Tym bardziej że psiaki, zapakowane nareszcie do koszyka, piszczały i płakały, a tak boleśnie, że nawet konduktor się nad nimi użalał. I radził wziąć psy na kolana. Na kolana? Ani gadania! Bo zaraz Finek zsuwał się na podłogę i wyruszał w podróż na własną rękę. I trzeba go było szukać po całym przedziale.

Zmęczony, niewyspany ojciec Dzidzi zamknął w Warszawie szczenięta szczelnie w koszyku i zawiózł je co prędzej z dworca do domu.