— Chodź, mały, chodź — odpowiedziała na te groźby wcale niezagniewana mama Dzidzi, podniosła go z ziemi i otuliła ręcznikiem.

Finek nie przestawał warczeć. Z wewnątrz ręcznika słychać było gniewne bulgotanie jak z imbryka, gdy woda w nim wre.

Wytarty, położony na poduszkę Pucka, Finek zasnął jak kamień. Najwidoczniej cała operacja mycia wyczerpała go i zmęczyła.

Bielasek, polany wodą, od razu zapłakał rzewnie. I nie przestawał płakać. Mazał się i mazał!

Po myciu należała się psom przekąska. Półmisek, który Dzidzia przeznaczyła w myśli na talerzyk dla Wiernusia, był za mały dla dwu pensjonariuszy. Rozdrobioną bułkę, polaną mlekiem, podano więc pieskom na spodeczku. Postawiono tuż obok poduszki, na której oba spały.

Pierwszy poczuł zapach mleka Finek. Podniósł głowę. Pociągnął noskiem. Usiadł. Znów pociągnął kilka razy noskiem. I nagle, jak kula, potoczył się wprost ku spodeczkowi!

Jadł żarłocznie. Główkę wsunął głęboko, w sam środek spodka. Przednie nóżki rozparł szeroko. Tylnymi wykonywał zabawne podrygi. Odbijał się od podłogi tak, że parę razy stał tylko na głowie i przednich nóżkach jak sztukmistrz w cyrku!

W parę chwil po nim zerwał się Bielasek. Potoczył się za bratem. Wpuścił głowę w spodek. I jadł, jak mógł najprędzej. Starał się odjeść to, co Finek przedtem zdążył spałaszować, nie czekając na niego.

Już wyglądało puste dno spodka. Czerwone ozorki piesków lizały teraz resztki mleka z zawrotną szybkością.

Finek, który dotąd zdawał się nie dostrzegać brata, zerknął zezem na Bielaska. I warknął cicho a groźnie.