Dotarli wreszcie kołując i klucząc do paki z węglami. Wsunęli się za nią. I po chwili stanęli oko w oko ze szczotką.
— Używaj! — powiedział zachęcająco Finek i usunął się. Chciał zrobić miejsce Bielaskowi.
Ale Bielasek wyraźnie stchórzył na widok olbrzymiego kosmatego potwora. Miał wielką ochotę drapnąć. I na pewno byłby uciekł. Lecz wstyd mu było. Bo Finek nie spuszczał z niego oczu. Zamknął więc ślepki i z zapartym tchem rzucił się naprzód.
Wpadł pyszczkiem w gęstwę szczeciny. Przysiadł ze strachu i ani drgnął. Czekał. A serce mu biło jak młotem! Zwierzę się nie poruszyło. Poczekał jeszcze chwilę. Otworzył oczy. Zobaczył przed sobą kłaki. I jak szarpnie.
— A widzisz? Było się czego bać? Śmiało! Rwij, ile dusza zapragnie! — dogadywał Finek.
Bielasek szarpnął z całej siły!
I wtedy stała się rzecz nieoczekiwana! Potwór zachwiał się! Machnął czymś, co sterczało nad nim jak wyprostowany, olbrzymi ogon!
Psy porządnie oberwały po grzbiecie! A huk się uczynił taki przeraźliwy, że więcej było nawet strachu niż bólu!
Bracia skoczyli na oślep do ucieczki! I wpadli akurat pod nogi Katarzyny!
Wykonała ona najstaranniej to klaskanie po bokach, którego tak nie lubił Bielasek!