— Cicho bądź! Ty bekso! Nie przeszkadzaj! Muszę wydłubać z zębów resztki potwora, którego przed chwilą pożarłem! — powiedział dumnie Finek.
Podniósł łebek do góry i wypluwał szczecinę. Wypychał ją językiem i pomagał sobie przy tym łapką.
— Pachnie podłogą! — stęknął płaczliwie Bielasek.
Podszedł do Finka. Bo zaciekawił się resztkami szczeciny wypluwanymi przez brata. Obwąchiwał je też starannie.
— Nie jestem zupełnie pewien, ale tak mi się zdaje, że to jest właśnie to dziwne zwierzę, wiesz, no to, które co rano biega po wszystkich pokojach przed tą kobietą, co to ją czuć rosołem i najpiękniejszymi przysmakami! — powiedział niedbale Finek. — Już wiem, gdzie to zwierzę sypia w dzień! Chcesz, to cię zaprowadzę. Pójdziesz? — spytał brata.
Bielasek wahał się. Dreptał w miejscu nóżkami. I miał ochotę wrócić na swoją poduszkę.
— Tchórz! Beksa! Lizus! — drwił z niego Finek.
— Niech będzie, co chce! Idę! — zdecydował się nagle Bielasek. — Ale, mój drogi, czy to zwierzę nie kąsa? Czy nie klapie tak głośno po bokach, jak właśnie ta kobieta, którą czuć rosołem? — dopytywał się niepewnie.
Finek za całą odpowiedź wolno i poważnie zszedł z poduszki. I nie oglądając się na Bielaska truchcikiem pobiegł w stronę kuchni.
Po drodze do kuchni obaj bracia wymijali starannie wszystkie nazbyt otwarte miejsca. Dlaczego? Boć przecież mogliby wpaść łatwo w ręce Katarzynie. A na tym im wcale nie zależało.