Jak to: z włosami? — pytacie.
Tak, z włosami, moi drodzy! Wszystko, co tu czytacie, jest najprawdziwszą prawdą! Bo, widzicie, Katarzyna na niedzielę i uroczyste święta przypinała sobie sztuczny warkocz. Ten sztuczny warkocz szczególnie wtedy, gdy miała jakąś ciężką robotę w domu, chowała pod poduszki.
Katarzynie, oczywiście, wcale nie zależało na tym, aby każdy wiedział, że łata ona łysinę sztucznym kosmykiem.
Toteż gdy zobaczyła Finka, jak z pełnym włosów pyszczkiem sadził w lansadach po kołdrze, straciła resztę cierpliwości!
Schwyciła psa za łeb. Wydarła mu kok. Szmyrgnęła go gdzieś w kąt. Porwała Bielaska.
Rzuciła nim za szafę. A sama siadła na łóżku i zaczęła szlochać ze złości i strapienia.
— Katarzyno, nic wielkiego się nie stało! Plamy się wypierze. Łóżko można posłać! A co zaś do psów... — zaczął pan Rosochacki.
W tym miejscu serce Dzidzi zamarło.
— Co zaś do psów — powtórzył pan Rosochacki — to jednego dziś jeszcze odniosę do państwa Łęckich. Gdy są dwa w domu, to się ich prawdziwe psie figle trzymają. Zostawi się tego spokojniejszego!
— O, rozumie się, że nie tego pokrakę! Ulicznika! Łobuza! To Finek podmawia Bielaska! On go psuje! On go do złego namawia! — dogadywała Katarzyna i wygrażała pięścią w stronę, gdzie Finek przyczaił się za szafą.