— Katarzyno — powiedział ojciec Dzidzi — proszę o psa! A wy idźcie do pokoju!
Dzidzia ze smutkiem w sercu przysłuchiwała się hałasom, jakie dolatywały z kuchni!
Wreszcie wszystko ucichło. Dzidzia usłyszała głuche trzaśnięcie drzwi. I coraz cichszy tupot nóg ojca po schodach!
Stało się! Finek poszedł w świat!
Dzidzię nagle coś chwyciło za serduszko. A łzy wielkie jak groch potoczyły się po jej policzkach.
A wy byście nie płakali? Czy można nie płakać, rozstając się z kimś, kogo się kochało?
Nie dziwcie się też, że Dzidzia patrzyła smutnie przed siebie! Że nie widziała ani lampy, ani serwety na stole, ani kredensu! Ani nawet obrazków na ścianie!
Za to widziała jak żywego swojego Finka! Jego wesoły pyszczek, rozbawione oczka, uszki figlarnie odrzucone w tył!
Ocknęła się dopiero, gdy do pokoju weszła Katarzyna. Niosła ona w fartuchu Bielaska.
— No, ten to jest całkiem inny niż tamten powsinoga! — powiedziała.