Wyciągnęła z koszyka szczenię, spojrzała na nie i otworzyła szeroko usta.
— A to co?! — zawołała po dobrej chwili. — Ależ to Finek! To ja Bielaska odesłałam do państwa Łęckich czy jak? — zastanawiała się zdumiona do najwyższego stopnia na widok Finka. Pies nie czekał, aż się sprawa wyjaśni. Wdarł się na piersi Dzidzi, merdał rozkosznie ogonkiem i starał się liznąć po twarzy swoją panią!
Czy Dzidzia była rada z tej przypadkowej zamiany — domyślcie się sami.
XIV
Odtąd Finek panował niepodzielnie w domu.
Rósł on i zmieniał się tak szybko, jak tylko zmieniają się małe zwierzątka.
Finek w najwcześniejszym niemowlęctwie był na przykład kosmaty. Miał on wełnę długą, barwy nieco żółtawej, jak kożuszek na śmietance. Później ni stąd, ni zowąd zgubił gdzieś fryzowane kędziory. I porósł sierścią ani krótką, ani długą, a ostrą jak szczotka do zębów.
I na tym mlecznym tle, gdzieś od spodu, od samej skóry, zaczęły mu występować ciemne plamy. Były one z początku małe, nikłe jak piegi. Aż tu nagle plamy te zaczęły się rozrastać i z dnia na dzień występowały coraz wyraźniej.
— Doprawdy, ten nasz Finek to jest piegowaty jak indycze jajo! — mówiła o nim Katarzyna. Ale nie tylko barwa skóry Finka zmieniła się z wiekiem.
Pokraczne szczeniątko o wielkim płaskim brzuszku, telepiące się na krótkich nóżkach, o okrągłej główce, uczepionej do owego pyzatego brzuszunia, zaczęło wyrastać na prawdziwą psią postać. I trzeba przyznać, że wyglądała ta postać wcale, wcale zgrabnie, a nawet, można powiedzieć, przystojnie.