Bo postanowił święcie, że nie pokaże się nikomu dotąd, dopokąd dokoła jego szyi wisi coś, co go łechce, drażni i sprawia nieznośny ucisk! I jest takie ohydne! Pies ze wstążką! Słyszał to kto coś podobnego?

Zabrał się do zrobienia porządku z tym krawatem!

Targał się, tarzał, przewracał na boki, na wznak, jeździł na brzuchu po podłodze. Aż obluźnił wstążkę o tyle, że mógł ją chwycić zębami.

Wyszedł wtedy spod łóżka. Oparł się o ścianę. Zapuścił zęby w kokardę. I szarpnął. Zerwana wstążka rozwinęła się po podłodze.

— Już po tobie! — warknął szczerze zadowolony.

Chwycił wstążkę mocno w zęby. Przydepnął drugi jej koniec łapką. I ciągnął! Rwał! Aż przysiadł do ziemi z wysiłku. A warczał przy tym i poszczekiwał groźnie i zawzięcie.

Rozżarł się w walce ze wstążką. Nie wiedział, co się koło niego dzieje. Ocknął się dopiero wówczas, gdy usłyszał, że go wołają. Coraz głośniej! I pani, i panienka, i Katarzyna!

— No, skończyliśmy już z tą poczwarą! — powiedział sobie. — Możemy teraz wyjść do ludzi, skoro im tak do mnie pilno!

I nie śpiesząc się, godnym truchcikiem wbiegł do jadalnego pokoju. Z pyszczka zwisał mu kawałek zmiętoszonej, postrzępionej wstążki i kosmyk czerwonych nici.

— Jestem. O co chodzi? — zapytał wodząc wzrokiem po wszystkich.