Potwory patrzyły na Finka straszliwymi ślepiami. Oblizywały się krwawymi ozorami koloru kwiatów od kapelusza! Opadły one Finka! Wyciągały do niego ręce! Chwytały za brzuszek i gniotły tak nieznośnie, że Finek aż się zwijał z ostrego i dokuczliwego bólu!
Wreszcie jedna poczwara dopadła psiej głowy i zaczęła owiązywać ją wstążką długą, długą bez końca! Finek dusił się! Brakło mu tchu!
Ostatnim wysiłkiem zebrał się w sobie! Natężył! I jak warknie! Jak szarpnie za kosmatą łapę! Wpił się zębami w wełnę potwora i drze! A wydarte kosmyki lecą i lecą! Coraz większe i większe!
Finek szczeka coraz głośniej! Coraz radośniej! A potwór miota się z bólu, wije!
Finek nie zna litości! Szarpie! Gryzie! Dopadł szyi! Już dusi!
— No, i patrzcie państwo, nie mówiłam! Nie przepowiadałam? Całą skórę podarł, poszarpał! A jak się to rozżarł! Finek, pójdziesz ty precz!
Finek się ocknął. Pod nim leżała skóra od cioci Musi. A nad nim stała — Katarzyna!
— Jezus, Maria! A coś ty z tego kapelusza zrobił? — jęknęła. — Ty przebrzydły niszczycielu! Ty zarazo!
Finek nie mógł jej wytłumaczyć, co i jak się stało! Nie zdradzała ona zresztą najmniejszej chęci do słuchania jego opowieści!
Niedobrze było! Bardzo niedobrze!