Parsknął raz, parsknął drugi. I odskoczył.
Pies poczuł tępy ból w szczękach. Skóra na pyszczku bolała go tak, jakby go kto mocno pokłuł szpilkami.
— Aj! Aj! Aj! Zabił mnie! Zabił! — zaskomlił boleśnie i z podwiniętym ogonem uciekał co sił. Nawet nie obejrzał się za siebie.
— A widzisz? — mruknął za nim Maciuś. — Nauczysz się szanować starszych! Popamiętasz ty mnie, nie bój się!
I jakby nigdy nic usiadł, owinął się ogonkiem. Naślinił mocno prawą przednią łapkę. Zaczął się wycierać po uszach, po pyszczku.
— Ciepło! Dobrze! Słońce świeci! Umyjemy się, a potem spać! — pomrukiwał do siebie.
I skończywszy z głową, zabrał się do mycia boków i puszystego ogona.
XXV
W kilka dni potem Finek znalazł się znów na podwórzu.
Dopiero co zjadł obiad. Wylizał wszystkie wyborne przysmażanki, jakie dostał w kuchni. Był najedzony tak, że brzuszek wypęczniał mu jak bania. Czuł się nieco ociężały i rozkosznie senny. Oczy same mu się przymykały.