Dowlókł się do płotu. Leżała tam kupa piasku. Wygrzebał sobie dołek. Rozłożył się w samym słońcu. I drzemiąc, przyglądał się jednym okiem Maciusiowi. Kot leżał jak zwykle na daszku drwalki.

Finek rozmyślał nad tym, że nawet z takim czarnym diabłem dał sobie radę! I że się nie boi kota! Że w ogóle nie boi się niczego! Nawet tego krzykacza Bielaka! Że pobyt tu jest cudowny! Że jest o wiele milszy niż mieszkanie w Warszawie! Dlaczego? No, choćby dlatego, że nareszcie nie ma tu Katarzyny!

Na wspomnienie Katarzyny Finek się wstrząsnął. Podniósł się, okręcił w kółko i znów położył się w piasek. Ale tym razem głowę umieścił tak, by słońce nie prażyło go wprost w oczy. I usnął.

Obudził go brzęk miski. Otworzył więc jedno oko. Rozejrzał się. Nie zobaczył nic ciekawego.

„Zapewne mi się coś przyśniło” — pomyślał, bo wiedział dobrze, że już było po obiedzie i że naczynia dawno są pozmywane.

Po kilku chwilach Finek usłyszał coś niby skrzypnięcie drzwi od kuchni i wyraźny głos:

— Kici! Kici! Femcia! Fe-e-emcia! Pójdź ino tu! Pójdź!

Więc to nie był sen!

Finek usiadł. Odrzucił lewe ucho! Nasłuchuje.

Usłyszał miauknięcie! Jedno, drugie, trzecie! Trzy czarne kociaki chyłkiem śpieszyły do miski!