Siadły rządkiem. I ostrożnie obwąchiwały jadło, zanim zabrały się do jedzenia.
„Nie, to już psie pojęcie przechodzi! Karmić takie paskudztwo? A do tego z miski? Może to moja miska w dodatku?” — zaniepokoił się Finek.
Zerwał się. Zakręcił kitę ogona w urzędowy obarzan i podreptał poważnie ku misce.
— Precz! Precz! — warknął groźnie do kociąt.
Tak sobie, na wszelki wypadek. Boć przecie nie wiedział, co było w kociej misce.
— Pst, pst, nie tak gwałtownie! — odmruknęły mu ostro kociaki.
Nastawiły grzbiety w pałąk. Wyprostowały ogony jak kity.
— Pfuj, pfuj! Pst! Idź sobie! — parskały i pluły Finkowi w oczy.
— Co? Plujecie? — oburzył się Finek. — No, to widać, że wam nie smakuje to, co macie w misce! Precz stąd! Precz, powiadam! Prrrrecz! — zawarczał jeszcze groźniej i pokazał kociakom zęby. Kocięta w nogi!
A Finek obwąchał miskę, zajrzał do środka, liznął.