Usiadł. Chciał się polizać w miejsce, gdzie czuł najsilniejsze świerzbienie. Lecz zaledwie dotknął siebie nosem, kichnął potężnie.

— Co oni ze mną zrobili? Toć mnie już wcale nie czuć psem! Pachnę jak bielizna na strychu! Czy ja jestem psem, czy też świeżo wypraną koszulą? Tak mnie ładnie uperfumowali, że gotów bym z własnej skóry wyskoczyć, byle uciec od samego siebie — wyrzekał.

Wysunął łeb jak najdalej przed siebie i biegł szybko ku drzwiom. Starał się o ile możności nie czuć odrażającego zapachu mydła, jaki wydawało jego ciało.

Wypadł do ogrodu. Trafił na kałużę.

„Umyjmy się po tej łaźni!” — przyszło mu na myśl.

Wlazł wolno w sam środek kałuży. Powąchał wodę.

— No, ta przynajmniej jest czysta! Nie czuć jej mydłem! — stwierdził z uciechą.

I od razu przewrócił się na wznak. Wytarzał się na grzbiecie! Przewrócił się na prawy bok! Później na lewy! Położył się na brzuchu! Przeczołgał się wzdłuż kałuży! A parskał przy tym, prychał, rozrzucał błoto dokoła!

Pociągnął nosem.

— No, jakoś już znośniej pachniemy! Ale hm, jeszcze tamto czuć! Dalej, jeszcze raz, do wody!