I poszedł dalej. W korytarzu przetarł boki o palta. Wytarł się o jasny płaszcz cioci. Wszedł do sypialni.
Spojrzał na łóżko. Było zasłane białą kapą.
— No, nareszcie! — powiedział sobie i równymi nogami skoczył na kapę. — Zupełnie takie samo jak to, w które mnie przedtem zawinęli!
Najpierw wytarł o poduszki boki. Później przejechał się na brzuchu po kapie. Wsadził głowę między poduszki i starł do sucha całe błoto, które miał na pyszczku, na uszach. Jeszcze raz dał szczupaka po kapie.
— Cudownie! Rozkosznie! — powarkiwał zadowolony.
Wpadł w szał radości, że przecież znalazł to, czego szukał. Rzucał się po łóżku, parskał, a przymrukiwał najrozkoszniej!
Szarpnął jedną poduszkę. Zrzucił ją na ziemię. Położył się na drugiej, jeszcze suchej. Wywracał na niej łobuzerskie koziołki, aż z rozdartej poszwy strzelały na pokój całe fontanny puchu!
Wreszcie się uspokoił. Wydeptał sobie pośrodku łóżka głębokie legowisko. Schwycił w zęby jeden róg kapy. Naciągnął ją na siebie. Przykrył się. Układając się do snu myślał:
„Jednak trzeba przyznać, że ludzie miewają nieraz bardzo dobre pomysły! Dopiero moja panienka się ucieszy! Przekona się, że i ja umiem zachować się po kąpieli jak należy!”
I zmęczony zasnął.