Miał tak cudowne sny jak nigdy! Śniło mu się, że jadł same kości. Że zabrał olbrzymią, tak wielką jak słup na środku podwórza, kość Maciusiowi! Kot przed nim ucieka, ledwo nóg nie pogubi. A Finek już zagrzebał kość w klombie róż. Goni Maciusia. I szczeka. Cham! Cham! Cham!

„Finek szczeka w sypialni. Co on tam robi?” — pomyślała ciocia Musia, bo usłyszała naszczekiwanie Finka.

Weszła. Spojrzała na łóżko. Odchyliła kapę.

Finek wstał, ziewnął, merdnął wesoło ogonem.

— A, to ty? A widzisz, jak się ładnie osuszyłem po kąpieli? Podobam ci się, co? — spytał ciocię Musię bardzo z siebie rad.

XXX

Już się miało pod koniec wakacji. Dzidzia była smutna. Trapiła ją myśl o powrocie do Warszawy.

Finek nie myślał o niczym takim, o czym myślą ludzie, więc się nie martwił.

Zmężniał on podczas lata, wyrósł, stał się prawie dorosłym psem. Przestał już sypiać na poduszce. Najchętniej przesypiał noce na werandzie.

Pewnej nocy Finek zasnął na wycieraczce na werandzie, jak zwykle. Obudził go jakiś podejrzany szelest. Spojrzał. Człowiek ten skradał się do okna, a okno to było otwarte.