— Puc! — krzyknął Bursztyn. — Czujesz naszą wątrobę?

— Nie przeszkadzaj! — warknął Puc i zaciąga się wiatrem.

I jak kamień z procy śmiga w furtkę. Bursztyn za nim. Nie upłynęło okamgnienie — jazgot, pisk, wrzask, gdzieś za ogródkiem na ulicy.

— Tiuzdejek, mój Tiuzdejek! — krzyknęła panna Agata i już jest za furtką.

Krysia, Katarzyna i ja — za nią!

O kilkanaście kroków od furtki, tam gdzie się zaczynało już pole — widzimy — kłębi się coś. Kurz... do nieba! Nie widać nic, tylko tuman, z którego miga to łeb, to ogon, to noga. Wrzask nad ludzkie pojęcie!

Podbiegamy bliżej.

Puc i Bursztyn obrabiają Tiuzdeja!

Odgryzał im się wcale nieźle. Nawet bym się tego po takim niedojdzie nie spodziewał.

I o co to bitwa? O wątrobę.