Trafiały się od czasu do czasu wróble, to prawda. Ale Pucek wyrósł już z tego wieku, kiedy się poluje na wróble. Niech się za nimi ugania Bursztyn, jeśli po temu1 ma ochotę. Choć tego upędzania się za wróblami nie mógł on Bursztynowi darować.
Właśnie jakiś wróbli amator pokazał się na podwórzu. Bursztyn wyrwał się za nim.
— Bursztyn! — krzyknął na niego Puc. — Nie mówiłem ci to, żebyś wróbli nie ganiał?
— Dlaczego? — zawołał Bursztyńsio, który coraz mniej słuchał Puca.
— On się pyta! — obruszył się Puc. — Nie wypada i już. Zresztą ja ci to mówię.
— Wiele sobie z tego robię! — odburknął Bursztyńsio i nuż harcować za wróblem.
A wróbel, niecnota, jakby się umyślnie droczył z psem. Frunie kilka kroków i siada na ziemi. Czeka. Bursztyn do niego. A wróbel — frrrru! Zakręci się w górę i znów pada na ziemię. Bursztyńsio upędza się po całym podwórzu, tu, tam. Zziajał się, zmęczył.
Najchętniej byłby odstąpił od polowania, ale mu było przed Puckiem wstyd. Skoczył więc jeszcze raz w górę, jak mógł najwyżej.
Już miał prawie wróbla w zębach. Lecz tylko prawie. Za to naprawdę miał dobrego guza na łepetynie. Bo spadając, łupnął głową w pieniek do rąbania drzewa.
— Smarkacz! Szczeniak! — burczał pod nosem Pucunio.