— Wychowuję to, staram się, żeby na porządnego psa wyrosło. I zawsze temu Bursztynowi szczenięce figle w głowie. Weźmiesz ty ode mnie porządne wnyki2 za te wróble! — warknął do Bursztynka groźnie.
— A co mam robić? — spytał Bursztyn, oczochrawszy się z resztek wiórów.
— Dobry sobie! A co robi przyzwoity pies w taki upał? Śpi.
— A dlaczego ty nie śpisz?
— Bo muszę uważać na ciebie — odciął się Puc.
— Obejdzie się!
— Bursztyn, tylko niech ci się nie zdaje — zaczął Pucek i urwał, bo właśnie nad krzakami bzu polatywał duży motyl.
Puc już był gotów skoczyć do motyla, ale nie był pewien, czy dorosłemu psu, psu, z którego Bursztyn miał brać przykład, wypada upędzać się za motylkami. Podniósł się i patrzył, co robi Bursztyńsio.
A Bursztyn tego dnia był w przekornym usposobieniu. Ujrzawszy motyla, skoczył do niego.
— Zobaczysz, że będzie mój! — zawołał do Puca.