Pucunio ostrożnie nie odpowiedział nic na tę chwalbę3. Czekał. A nuż się Bursztynowi uda schwytać motyla?

— Ja, jeśli zechcę, potrafię złapać każdego zwierza, który fruwa! — powiedział na wszelki wypadek.

Tymczasem Bursztyn ze skóry wyskakiwał, żeby schwytać motylka.

A, jak na złość, motyl był wielki, ciężki i polatywał tuż nad ziemią.

Wreszcie już mu się zdawało, że byle skoczyć w górę, zwierzyna mu nie ujdzie4.

— Mam, mam! — zawołał z triumfem do Pucka, odbił się od ziemi i śmignął wysoko do góry.

— Co masz? Figę! — drwił Puc, bo motyl pofrunął na ogród i tyle go widzieli.

Za to Bursztyn zbierał potłuczone kości z ziemi.

— Smarkacz! — rzucił jeszcze z pogardą Puc i obrócił się do niego ogonem.

Bursztyn obraził się tym razem na dobre. Przyskoczył do Puca i nuż mu dogadywać: